Back to life. Ale co to za życie...

Po ponadtygodniowej żałobie, chronicznym bólu gardła, zdezorientowaniu (niepotrzebne skreślić) prezydent raczył przypomnieć o swojej obecności - prawdopodobnie dlatego, że Donald Tusk (premier trochę z Gdańska, a po części z Warszawy) zdobył się wreszcie na przeprosiny. Przeprosiny za, szczerze mówiąc, nie wiadomo co - wieść gminna niesie, że za nadmierne używanie zwrotu "bracia Kaczyńscy", ale to w sumie dobrze, że naburmuszanie Pałacu Prezydenckiego wreszcie będzie miało powód do zakończenia tej komedii. Co prawda niektórzy (niektórzy = Joachim Brudziński) stwierdzili, że przyszły szef rządu ŹLE PRZEPROSIŁ i takie przeprosiny się nie liczą, ale "ten pan już nie rządzi" więc Jego słowa możemy śmiało potraktować jako mało wiążące. Widać nową świecką tradycją przed zaprzysiężeniem na urząd premiera stanie się przepraszanie - nieważne za co, przepraszać prezydenta trzeba (nie dotyczy sytuacji, kiedy premierem ma zostać polityk PiS).

Jeśli chodzi o moje spostrzeżenia to w kwestii znieważania i obraźliwej kampanii akurat PiS prowadziło do samego końca - ale co tam. Przecież już po sprawie. Źle się natomiast dzieje, że głowa blisko czterdziestomilionowego państwa, członka Wspólnoty Europejskiej stroi fochy, bo wygrała nie ta opcja, co potrzeba, czym umacnia swój wizerunek, jako prezydenta "tego narodu, który stoi tutaj" - bo ci, którzy wygrali pewnie są z ZOMO, a na dodatek pewnie i z Wehrmachtu.

A w ogóle to według mnie wszelkie pomówienia o naburmuszenie się Lecha Kaczyńskiego są grubo przesadzone - najprawdopodobniej od dnia ogłoszenia wyników wyborów prezydent był zajęty przygotowywaniem uniwersalnego druku do wetowania ustaw składanych przez przyszły rząd. Takiego gotowca, w którym sekretarka będzie wstawiać tylko nazwę ustawy - resztę załatwi automatyka.

Wszystko w porządku. Najlepszym.

Po dawno już obiecanym "odejściu" (miejmy nadzieję, że tym razem definitywnym) Aleksandra Kwaśniewskiego powoli rośnie napięcie w LiD - nawet mimo oficjalnego, jeśli za oficjalny można uznać wpis na blogu, dementi Marka Borowskiego. "Twarz kampanii" usunęła się z widoku więc powoli zaczyna pękać spinacz, który trzymał do tej pory koalicyjny komitet wyborczy - zobaczymy ile wytrzyma.

Tak, jak przewidywałem wcześniej tylko osoba byłego prezydenta gwarantowała "jako-takie" stosunki pomiędzy SLD, PD i SdPL - gdy jej zabrakło tarcia zaczynają się już przy pierwszej nadarzającej się okazji. A o co poszło? Otóż o podział ról w nowej kadencji.

Twór o nazwie "Komitet Porozumiewawczy LiD" ogłosił bowiem, że reprezentacja LiD będzie wyglądała następująco: Olejniczak – jako przewodniczący, Borowski i Lis – v-ce przewodniczący, a Jerzy Szmajdziński zostanie wicemarszałkiem. Pierwszy sygnał, że coś tu jest nie tak dał ugodowy zazwyczaj Ryszard Kalisz, który stwierdził (zresztą całkiem słusznie), że:

Kandydata Sojuszu do Prezydium Sejmu powinien najpierw rekomendować Zarząd Krajowy partii, a dopiero potem rekomendacja taka powinna być zatwierdzona przez Komitet Porozumiewawczy Lewicy i Demokratów.

A co mieliśmy? Klika Starszych Panów za plecami członków (ładne parę tysięcy osób) zarządziła sobie, że Wojtuś będzie tu, renegat Marek tam, a przedstawiciel 1-osobowej (słownie: jednoosobowej) reprezentacji PD w parlamencie Boguś będzie też na stołku. Nie dziwię się zwyczajowo spokojnemu Kaliszowi, że coś w nim pękło - mi też się scyzoryk w kieszeni otwiera.

Wygląda na to, że mamy kilka wariantów sytuacji:

  1. Olejniczak został zakrzyczany przez bardziej doświadczonego Borowskiego i starszego Lisa; następuje powolna marginalizacja Olejniczaka, a co za tym idzie SLD,
  2. Kwaśniewski, jak rasowy polityk z kilkunastoletnim stażem już na początku kampanii rozdał (znaczone) karty, a to co się teraz dzieje było przewidziane już dawno.

Obydwa powyższe punkty prowadzą do jednego wniosku. Ktoś (guess who?) uznał, że dotychczasowa idea SLD się wyczerpała i trzeba spróbować czegoś innego - do czego to doprowadziło widzieliśmy oglądając wyniki wyborów - osiągnięty rezultat nie wypada nazwać inaczej niż klęską. A czy ktoś pomyślał o rozliczeniu winnych tej porażki?

Po co, SdPL jest ponownie w sejmie, PD ma szansę (miejmy nadzieję, że nikłą) na wybicie się powyżej kanapy, a Wojtek będzie przewodniczącym klubu. Wszystko pięknie i ładnie.

Dość tego panowie!

Nowe rozdanie

Najważniejsze wydarzenie polityczne mamy już za sobą. Niestety, tak jak przewidywałem, Jarosław Kaczyński wraz z całą swoją (podkreślam swoją!) partią pokazał, że przegrywać nie potrafi. Zaraz po ogłoszeniu wstępnych sondaży z rozbrajającą szczerością przyznał, że porażki upatruje w atakującym go szerokim froncie mediów, które "nie pozwalały spokojnie rządzić". Cóż, myślałem, że w ten smutny dla niego niedzielny wybór zdobędzie się na odrobinę refleksji bądź samokrytyki. Nastrój PiS najlepiej podsumowała jedna z uczestniczek wyborczego spotkania nazywając warszawiaków zwykłą hołotą. Nic dodać, nic ująć - przytoczę tylko powiedzonko, które jest wpajane już w przedszkolu: "Kto się przezywa, tak samo się nazywa".

PiS przegrał przez swoją arogancję, napastliwość, dzielenie Polski na lepszą i gorszą (przeciwności typu my i ZOMO) oraz upartą pewność siebie, że należy robić to co się uważa nie licząc się z opinią publiczną - nawet po trupach.

Wynik LiD raczej potwierdził moje wcześniejsze wywody dotyczące dużej pomyłki, jeśli chodzi o powierzenie Aleksandrowi Kwaśniewskiemu roli twarzy kampanii wyborczej - niewiele bowiem brakowało aby lepszy wynik osiągnęło PSL, które nie brało udziału w żadnej z trzech, szeroko nagłaśnianych, debat. To powinno dać dużo do myślenia w siedzibie SLD - moje zdanie się nie zmieniło: trzeba rozwiązać w cholerę cały LiD i przekonać do siebie utracony elektorat lewicowy, który z niesmakiem patrzył na romanse z Partią Demokratyczną. Wystarczy popatrzyć ile mandatów zdobyli przedstawiciele demokratów.pl startujący z list LiD.

Najbardziej pozytywnym sygnałem, który doszedł do nas z PKW jest fakt, że przynajmniej przez kilka lat parlament uwolnił się od wymachujących szabelką komediantów z Samoobrony i LPR - miejmy nadzieję, że ich roli nie przejmie PiS.

No nie można

Zastanawiam się jak głęboko może się pogrążyć Aleksander Kwaśniewski. W opowieści o filipińskiej chorobie nie wierzy chyba nawet on sam przez co stawia w niemalże beznadziejnej sytuacji swoich towarzyszy w kampanii - zamiast o programie muszą odpowiadać na coraz bardziej niewybredne pytania ze strony, już nie tylko oponentów, ale również i dziennikarzy. Od początku byłem zdania, że były prezydent nie powinien się mieszać do obecnej polityki jako osoba będąca "na świeczniku" - po co się rozmieniać na drobne, szczególnie, że jako prezydent miał notowania, o których żaden z obecnych polityków marzyć nie może.

Jak mówiłem tak się niestety stało. Już pomysł z zawiązaniem LiD był według mnie wybitnie nie trafiony, próba cywilizowania, jak to nazywają SLD, "postkomunistów" ludźmi mającymi duży wkład w budowanie opozycji demokratycznej od początku była skazana na niepowodzenie. Do tego doszły liczne wpadki desygnowanego na premiera Kwaśniewskiego - wiadome było, że to właśnie on będzie najbardziej bacznie obserwowany. Że to jego wystąpienia będą najostrzej krytykowane. Nie - ambicja wygrała, a efekty dla lewicy widzimy gołym okiem. Taka sytuacja niezmiernie ułatwiła - niestety - kampanię PiS i PO. Czy tego chcieliśmy?

Paradoksalnie najlepszym głosem dla lewicy w tych wyborach będzie oddanie głosu na kogoś innego. Przy obecnej sytuacji politycznej widać, że prawdopodobnie żadnej ze zwycięskich partii nie uda się zbudować trwałej koalicji na cztery lata. Prawdopodobnie również czekają nas kolejne wybory - za rok lub dwa. Klęska, czy nawet słaby wynik wyborczy LiD wskaże wszystkim drogę - rezygnacja z Kwaśniewskiego, koniec współpracy z "przeklętymi" z demokratów.pl oraz wskazanie należnego miejsca Markowi Borowskiemu z SdPL. Prawdopodobnie wtedy SLD odzyska utraconą część elektoratu, który nie uznaje wspomnianych za wartych firmowania swoimi głosami. Na przykład mnie.

Twarz do bicia

Kolejny tydzień - kolejna niedyspozycja "przyszłego premiera". To powoli staje się monotonne, sam powoli zastanawiam się jaką taktykę zastosują wkrótce LiD, bo na dłuższą metę takie "występy" chyba nie przejdą.

Pierwszy sygnał dał wczoraj Marek Borowski na swoim blogu pisząc:

Wystąpienie Kwaśniewskiego w Szczecinie. Merytorycznie trafne (analiza "silnego państwa" Kaczyńskich), fragmentami mocne, wizerunkowo niestety nienajlepsze. Szkoda.

Trzymam się swojej opinii o tym, że Kwaśniewski, jako twarz lewicy, robi wiele więcej złego dla koalicji niż można dopatrzeć się plusów. Najpierw goleń później "kilka lampek", a w Szczecinie prezydent przyznał, że od kilku miesięcy bierze "bardzo silne leki". Kontynuując - kto wiedząc, że jest poważnie chory (zakładam, że to prawda) wystawia się na pierwszą linię w najbardziej brutalnym procederze, jakim jest kampania wyborcza. Myślę, że najbardziej na tym straci wynik, który uzyskają LiD i wyborcy, którzy mimo najpoważniejszych wpadek jednak zagłosują na lewą stronę.

Żal patrzeć, kiedy w każdej konfrontacji i debacie dyżurnym, pierwszym tematem są pytania o "samopoczuciu" Aleksandra Kwaśniewskiego. Przeciwnicy LiD biją w byłego prezydenta, jak w bęben czemu nie można się dziwić ponieważ jest to bardzo "wdzięczny" temat na kampanię, szczególnie w naszych, polskich warunkach. Panowie Olejniczak, Borowski, Szmajdziński - czy było warto!!? Co dała Wam koalicja z kanapowymi oldtimerami z demokratów.pl - ucywilizowanie tzw. "postkomuny" ludźmi z "etosu", którzy za waszymi plecami tak naprawdę Wami gardzą i jesteście dla nich drabinką, po której mogą się wspiąć na szczyt, z którego zrzucił ich naród w kilku kolejnych referendach? Źle się dzieje w państwie duńskim.

Czy tak wszystko miało wyglądać?

Ostatnio rozmawiałem ze znajomymi na temat polityki zagranicznej poprzedniego rządu oraz obecnej sytuacji. Owi znajomi byli zatwardziałymi zwolennikami aktualnego kursu w stosunkach z naszymi sąsiadami i innymi państwami, z którymi utrzymujemy relacje dyplomatyczne. Skoro byli zwolennikami PiS to oczywiście bardzo im się podobał sposób w jaki prowadzimy negocjacje - twardo, nieustępliwie i z pozycji silnego państwa. "Nikt nam nie będzie pluł w twarz, jak za Kwaśniewskiego, który wiecznie się uśmiechał i potakiwał na około". "Jesteśmy jednym z największych krajów Unii, trzeba się z nami liczyć!" - takie zdania słyszałem co chwilę.

Jednak nawet i moi znajomi zwolennicy Anny Fotygi bardzo byli zdziwieni incydentem z wysłannikami OBWE, którym delikatnie odmówiono prawa do obserwowania nadchodzących wyborów parlamentarnych. A ja wcale. Wiedziałem, że cała ta nagonka to kolejny przykład "machania szabelką" przez naszych sarmatów w rządzie. Pokrzyczą, pogrożą, a przecież i tak wpuszczą i pozwolą obserwować - tego, podejrzewam, Unia by nam już nie wybaczyła i miarka by się przebrała. Ileż można grać na nerwach nieprzywykłym do tego typu wynaturzeń sąsiadom. Zauważcie drodzy czytelnicy Czarnobiauej, że wszystkie awantury i "stawianie na swoim" uskuteczniane przez Annę Fotygę i jej "sterownika" - prezydenta zasadniczo nie skończyły się niczym konkretnym. To, co chciały przeforsować kraje Unii i tak przepchnięto, a to czym straszyła Polska - okazało się właśnie przysłowiową szabelką.

Czy tak właśnie ma wyglądać nasze "stawianie na swoim"? Pogrozimy, podenerwujemy - a na koniec i tak przyznamy rację? Tylko po to, aby pokazać wyborcom, że "my sobie w twarz nie damy napluć!"? Przychylam się również do stwierdzenia niektórych polityków, którzy twierdzą, że gdyby kilka lat temu rządził PiS to prawdopodobnie do tej pory Polski nie byłoby w Unii Europejskiej.

Autopromocja

Wczorajsza debata, reklamowana jako starcie III z IV RP wypadła bardzo blado. Przypominała nieco kiepski teleturniej tylko, że zamiast Ibisza wystąpił szef TVP - Andrzej Urbański.

Rację mieli Ci, którzy jako jedyny powód zwołania tego "wielkiego show" podawali chęć odsunięcia na boczny tor Donalda Tuska i PO. Każdy z dwójki polityków nie zabłysnął niczym konkretnym: Kwaśniewski był tradycyjnie odprężony, łatwo formułował riposty i nie rozsiewał nadmiernej demagogii, Kaczyński, jako wciąż urzędujący premier, chwalił się "osiągnięciami" rządu, sprawnie operował liczbami i wskaźnikami - nic nowego!

Oczywiście każdy zwolennik obu opcji twierdzi, że zdecydowanie na punkty wygrał ich kandydat - no właśnie. Nikt nie mówi o nokaucie, zdeklasowaniu przeciwnika czy też kompromitacji, najlepiej ilustruje to wczorajszy pojedynek. Obaj rozmówcy powiedzieli to, co mieli powiedzieć, bez specjalnych ataków i personalnych wycieczek, wydaje się, że nie tylko pytania były uzgodnione między sztabami wyborczymi, a również i odpowiedzi.

Nie było mowy o drażliwych tematach, atakowaniu poniżej pasa względnie docinkach pod publiczkę - wszystko starannie wyreżyserowane. Kwaśniewski zmarnował wielką szansę, aby zaskoczyć Kaczyńskiego i wyłamać się z ram, które narzucili mu organizatorzy programu. Były prezydent cały czas zapomina, że nie jest cały czas "byłym preziem", któremu nie wypada być stronniczym i w związku z tym jest... po prostu nijaki - A TO ON miał być lokomotywą kampanii LiD.

W debacie remis, dla lewicy kolejna zmarnowana szansa na promocję.

Wcześniejsze wpisy Nowsze wpisy