Płacić czy płakać - o to jest pytanie!

Powoli wraca stare. Stare - czyli znana od początku "nowej Polski" (tej po 1989) niemoc i słabość rządzących w stosunku do Kościoła - chodzi oczywiście o pierwsze starcie rządu Donalda Tuska z duchowieństwem w sprawie dopłat do zapłodnienia in vitro.

Warto na początku zaznaczyć, że niemal wszystkie państwa należące do Unii Europejskiej od dawna refundują ten proceder, a Polska tradycyjnie pozostaje w skansenie w towarzystwie na przykład Rumunii.

Z odważnych wypowiedzi minister Kopacz na temat refundacji nie zostało niemal nic, kiedy biskupi delikatnie pogrozili paluszkiem - z drugiej strony nie ma się co dziwić, na wojnę z Kościołem nie zdecydowały się poprzednie ekipy (włącznie z dwoma rządami, na których czele stała lewica), to dlaczego mielibyśmy mieć teraz ewenement?

Z jednej strony duchowni mówią o szczęśliwych rodzinach i miłości rodzicielskiej, a z drugiej swoim wetem odbierają możliwość doświadczenia tychże ubogim małżeństwom, którzy pokrzywdzeni przez los nie mogą mieć dziecka. Bo nienaturalnie poczęte będzie z pewnością gorsze i nie zasługuje na życie - jak bowiem inaczej można zinterpretować słowa biskupa Górnego, który nazwał poczęcie przez zapłodnienie in vitro - "niegodziwym"?

Czy biskup Górny będzie na tyle odważny żeby stanąć przed dzieckiem, które otrzymało życie dzięki in vitro i powiedzieć mu prosto w oczy: "Zostałeś poczęty w niegodziwy sposób!". Czy zdanie "Idźcie i się rozmnażajcie" dotyczy tylko tego typu rozmnażania, które łaskawie zaakceptuje Kościół podczas któregoś z kolei posiedzenia - czy to Kościół ma decydować kto się może urodzić, a kto jest niegodziwcem? Dochodzimy tutaj do niebezpiecznej sytuacji. W liście przesłanym do parlamentarzystów in vitro nazywane jest również "rodzajem wyrafinowanej aborcji" - przepraszam, ale ktoś tu jest niedouczony względnie brutalnie fanatyzuje!

Czy czekają nas kolejne lata ideologiczno-ultrakonserwatywnego zacofania? Bezwzględnie sprawa in vitro jest pierwszym przyczółkiem i rozpoznaniem, którego dokonuje Kościół, badając na ile nowa ekipa będzie uległa duchowieństwu. Panie Kardynale - melduję wykonanie zadania!

Religia na maturze? Czemu nie!

Media ostatnimi dniami są przepełnione wojenkami i sprzeczkami na temat wprowadzenia religii jako przedmiotu, który można zdawać na maturze. Z obydwu stron padają różne argumenty mające przekonać zwalczające się obozy - nikt oczywiście przekonać się nie da, bo jego oczywistości są bardziej oczywiste - to jasne.

Nikt natomiast nie zauważył (ja w każdym razie tego nie wychwyciłem), że zwolennicy religii na maturze nigdzie nie mówią, iż ta religia ma być obowiązkowa! Skoro nikt do jej zdawania nie będzie nikogo zmuszać to o co chodzi? O wrodzoną antyklerykalność? Według mnie, a głoszę poglądy wolnościowe, jeśli ktoś chce sobie zdawać religię to proszę uprzejmie - dlaczego mam mu tego zabraniać? Oczywiście istnieje jeden warunek - egzamin maturalny z religii musi zapewniać odpowiedni poziom merytoryczny, tak aby był on porównywalny z innymi przedmiotami, które obecnie można sobie wybrać jako dodatkowe. Nie może być zgody na to, aby zdający wybierali sobie religię po to, żeby gładziutko przejść przez egzamin dojrzałości! Nad tym powinna czuwać Centralna Komisja Egzaminacyjna aby zapobiec nierównościom spowodowanym jak wyżej.

Należy również gruntownie zbadać poziom prowadzenia zajęć z religii w szkołach - nie może bowiem dalej funkcjonować taka sytuacja, gdzie lekcje z religii sprowadzają się do sprawdzenia obecności i "odbębnienia" 45 minut (tak było za czasów mojej edukacji), bo i tak nie ma się gdzie podziać ponieważ przedmiot ten umiejscowiono w środku planu lekcji. Skoro ocena z tego przedmiotu ma być wliczana do średniej ocen (oczywiście nie jest to najlepsze rozwiązanie, ale bądźmy realistami - nie ma szans na zmiany przy obecnej koalicji rządzącej) to niech ilość włożonej pracy w celu uzyskania wysokiej oceny będzie porównywalna z innymi przedmiotami. Nie może wystarczyć sama obecność na lekcjach czy też, o zgrozo, regularne dostarczanie kartek od proboszcza z potwierdzeniami odbytej spowiedzi.

Jednym zdaniem - chcesz zdawać z religii? Proszę bardzo, wiedz jednak, że nie będzie to spacerek, dzięki któremu unikniesz nauki!

Pod publiczkę

Dyżurnym tematem ostatnich dni jest wojna między tak zwanymi "Małym Pałacem", a "Dużym Pałacem" - w skrócie: między rządem, a Lechem Kaczyńskim.

Kulminacją tej mini-wojny (a może sprzeczki?) była absencja Radosława Sikorskiego na spotkaniu z prezydentem. Prezydent, a dokładnie jego otoczenie, był ogromnie oburzony, że minister nie raczył się stawić na jego zaproszenie, a minister nie widzi w tym nic niestosownego. W związku z tą sprawą mieliśmy już dziesiątki wystąpień i komentarzy z obu stron, jaki to prezydent jest obrażony, a minister krnąbrny. Co więcej - największe oburzenie kipi nie od samego Lecha Kaczyńskiego, a z ust jego świty.

Według mnie to nigdzie nie jest zapisane, że ktokolwiek MUSI się stawiać, kiedy wzywa (a może zaprasza?) go Głowa Państwa, a tym bardziej jeśli jest to członek rządu. Sprawa jest nadmiernie rozdmuchana, a głównymi bohaterami nie są ci, którzy powinni. Otóż wydaje się, że winnymi są sekretariaty obu skłóconych panów.

Po pierwsze Kancelaria Prezydenta przed zaproszeniem członka rządu (szczególnie teraz, gdy praktycznie rząd jeszcze nie zaczął rządzić tylko się "rozgrzewa") powinna wystosować pismo z zapytaniem o wolne terminy z dopiskiem, że (prawdopodobnie) chodzi o pilną sprawę. Gabinet Ministra powinien odpowiedzieć, po konsultacji z szefem (przecież chodzi nie o spotkanie z byle kim), że można się spotkać tego, a tego, o tej i o tamtej. I po co było tyle szumu?

Po drugie wydaje się, że Kancelaria Prezydenta jest bardzo słabo poinformowana, skoro nie wiedziała o posiedzeniu rządu, którym to Radosław Sikorski tłumaczył absencje na wizycie z prezydentem. Albo może nie chciała o nim wiedzieć, aby mieć powód do szerzenia opinii jakoby ministrowie nowego rządu mają w głębokim poważaniu prezydenta?

A po trzecie bardzo mi się spodobało skwitowanie całej sytuacji przez Bronisława Komorowskiego:

"Minister rządu nie jest chłopcem na posyłki."

Czyżby z jednej strony prezydent pokazywał, że rząd nie będzie miał z nim łatwo, a z drugiej - rząd wyraźnie wskazuje, że nie zgodzi się na zwiększanie roli prezydenta?