Wielkie zwycięstwo prezydenta
Nagłówki gazet jeszcze długo przed szczytem UE trąbiły o kompromitacji, piaskownicy i zabawkach premiera oraz prezydenta, tymczasem czarnobiaua czekała na rozwój sytuacji...
Premier mówił, że "prezydent mu niepotrzebny", minister SZ błagał na kolanach, a Lech Kaczyński twardo obstawał przy swoim uczestnictwie mimo tego, że Kancelaria Premiera odmówiła przyznania mu samolotu. Donald Tusk ostrzegał o prawdopodobnej kolizji stanowisk w wielu sprawach i działaniu na szkodę polskiej polityki, wręcz o skandalu. A co się stało? NIC!
Nie było kłótni, prezydent ustąpił miejsca ministrowi Rostowskiemu, kiedy był on niezbędny przy dyskusji o finansach - jednym słowem nasz premier wyszedł na... Na pieniacza, tak - na snującego spiskowe teorie pieniacza, który na wszelki wypadek starał się zablokować wizytę polityka (głowy państwa!), którego nie lubi i z którym się nie zgadza w niemal każdej (również na wszelki wypadek) kwestii.
Oczywiście nie ma wątpliwości, że taki scenariusz został uknuty przez dbających o PR i ogólny wizerunek prezydenta specjalistów. Nie ma również wątpliwości, że cała ta sytuacja nie wpłynęła pozytywnie na postrzeganie Polski na międzynarodowym forum, jak również na opinie o możliwości współpracy ponad podziałami w sprawach dotyczących nas wszystkich.
Konkludując chodzi o to, kto w oczach opinii publicznej będzie twardym i konsekwentnym szeryfem, jak również o to, kto potrafi zachować zimną krew do końca starcia. Pojedynek ten wygrał Lech Kaczyński i to nie na punkty, ale przez nokaut. Nie sprawdziła się bowiem żadna ze spiskowych teorii premiera, prezydent nic nie popsuł, nie sprzeczał się z premierem, wzbudzał zdziwienie faktem, że musiał wychodzić z posiedzenia aby skonsultować się z niewpuszczonymi doradcami. A premier? I tak zrobił, co do niego należało, a dał się ściągnąć do dyskusji i przepychanek na poziomie wspomnianej na początku piaskownicy. Jak dziecko.
15 komentarzy
trackback