Zimowa ofensywa

Kiedyś przebywał bez przerwy na nośnikach wszelkich mediów, nieważne czy to był papier, kineskop czy ekran monitora, a niektórzy spotykali go podobno nawet w lodówce (nie mówiąc o konserwach). Od dłuższego czasu pojawia się tylko zrywami, ale mocno akcentując swoją obecność. Natomiast od kilku ostatnich dni widzimy jego postać tak, ja za dawnych czasów - o kim mowa?

Oczywiście chodzi o byłego premiera - Kazimierza Marcinkiewicza. Człowiek, który został najbardziej niespodziewanym premierem (niektórzy twierdzą nawet, że został wyciągnięty z kapelusza) powraca, niekoniecznie w chwale. Widać, że odosobnienie w deszczowym Londynie nie wpływa pozytywnie na osobę niegdyś najpopularniejszego polityka. Metodę na swój powrót wybrał bowiem zgoła niefortunną - nie będę pisał o co chodzi, albowiem sprawa jest obszernie komentowana przez taką samą ilość mediów, jaka wyniosła kilka lat temu pana premiera na szczyty popularności. W skrócie napiszę, że Marcinkiewicz strzelił sobie w stopę i to z wielkiego rewolweru (wydaje mi się, że to był taki olbrzym, którego używał niezapomniany Brudny Harry).

Oczywiście powrót nie jest przypadkowy, wszyscy wiedzą, że Marcinkiewiczowi w Londynie się nudzi i (mimo, że zarabia podobno nieźle) chętnie wróciłby do swojskiego bagienka, do uwielbiających go polskich wyborców i... No właśnie, karmieni jesteśmy od kilku dni informacjami, jaki to ten Kazio jest popularny. Wyborcza nawet opublikowała wyniki sondażu, według którego Marcinkiewicz byłby najlepszym premierem wtedy, kiedy to obecny zajmie miejsce Lecha Kaczyńskiego. Z pewnością mile takie rezultaty łechcą próżność "Londyńczyka". Ale chwila, moment.

Mało kto zauważył, że Kazimierz Marcinkiewcz jest świetny, ale tylko wtedy kiedy już ma jakieś stanowisko. Kiedy trzeba go wybierać to jakoś nie potrafi wygrać. Największą plamą w jego politycznej karierze była bowiem sromotna porażka w batalii o fotel prezydenta Warszawy. Jak bowiem inaczej nazwać przegraną uwielbianego przez masy, pięknego Kazimierza z Hanną Gronkiewicz-Waltz, która ani nie jest uwielbiana ani... (tu powstrzymam się od oceny urody p. prezydent). Czy zatem PO słusznie robi rezerwując podobno "jedynkę" w Warszawie na liście do Europarlamentu, czyżby zapomniała już o "cieniasach" i innych uszczypliwych uwagach Marcinkiewicza? Ładna (podobno) buzia to nie wszystko.

Na marginesie chciałbym polecić, jako lekturę na weekend, nowowydany - szósty numer Przeglądu Socjalistycznego. Tym razem dominuje tematyka historyczna, szczególne pragnę zwrócić na doskonały artykuł Andrzeja Ziemskiego pt. "Socjaliści wczoraj, dziś i jutro".

Nieszczęścia chodzą parami

Tak. To już chyba pewne - powstanie kolejna komisja śledcza, tym razem do spraw zbadania okoliczności zabójstwa Krzysztofa Olewnika. W skrócie - stacje żyjące z newsów, całodobowych transmisji (z powtórkami) z wszelakich obrad już zacierają ręce, albowiem będzie czym wypełniać ramówkę. Posłowie mający parcie na szkło już prasują garnitury i lobbują u szefów klubów parlamentarnych o wpisanie na listę kandydatów, a media zasypują nas informacjami o giełdzie nazwisk tych, którzy to mają największe szanse na powołanie do tejże.

Zastanawia jedynie fakt po co ma działać ta komisja, w szczególności że równolegle na tym polu działa prokuratura? Poseł będzie lepszy? Jest niemal pewne, że komisja będzie składać się wyłącznie z polityków z krwi i kości, a nie specjalistów w rozwiązywaniu tego typu spraw - czy chodzi o to, żeby pokazać, że "się bierze i pracuje"?

Wątpię - chodzi o to, aby się pokazać, poprowadzić małą wojenkę z przeciwnikami z innej partii, wyrazić swoje zdanie i... przejść do porządku dziennego. A meritum? Czy to takie ważne? Nie. Chociażby dlatego, że na tzw. sprawie Olewnika pośliznął się (były) minister Ćwiąkalski, odwołany z powodu znanego chyba li jedynie premierowi - wszyscy bowiem wiedzą, że ministerski związek z powieszeniem się jakiegoś tam bandziora jest mniej więcej taki, jak czarnobiauej z baletem - czyli minimalny i ledwie dostrzegalny ;)

Idąc tym tropem Grzegorz Schetyna powinien zostać odwołany za każdy błąd popełniany przez Policję (a byłoby z czego wybierać), Mirosław Drzewiecki za marne wyniki polskich sportowców (np. brak awansu Wisły Kraków do tegorocznej Ligi Mistrzów) itp. - wymieniać można w nieskończoność. A kim został zastąpiony minister fachowiec, doktor habilitowany nauk prawnych? Politykiem. Nie musi się znać - ale za to będzie umiał się zachować!

A może tak, a może nie...

Cicho, ukradkiem - wręcz niepostrzeżenie zakończył się bojkot stacji TVN przez opozycyjny PiS (w przypadku Superstacji zachowano status quo) - podobno warunkowo. Wszyscy trzeźwo myślący oczywiście dawno doszli do wniosku, że "Prawo" i "Sprawiedliwość" bardziej szkodziło sobie omijając studia należące do ITI niż znienawidzonej rozgłośni, ale Rada Polityczna wpadła na to dopiero kilka dni temu.

Niektórzy - tych jest większość - sądzą, że decyzja ta została podyktowana faktem, iż Jarosław Kaczyński nie mógł już znieść reprezentantów prawicy w debatach prowadzonych np. w TVN24 w postaci Marka Jurka, Michała Kamińskiego czy też (o zgrozo!!!) wziętego adwokata Romana Giertycha. A tak naprawdę to dosyć podejrzanie decyzja o "warunkowym" zawieszeniu bojkotu zgrała się z tzw. "przewrotem Farfała", który to pozbawił PiS największej, najbardziej wpływowej tuby, jaką przez ostatnie kilka lat była TVP. Wielki dziw bierze moją skromną osobę, że do tej pory chyba nikt tego nie podkreślił?

Rada Polityczna PiS (czyt.: Jarosław Kaczyński) uznała zatem, że lepiej wypchnąć piewców w postaci Tadeusza Cymańskiego, Krzysztofa Putry względnie Pawła Kowala (bo jakoś nie wyobrażam sobie J. Kaczyńskiego tudzież P. Edgara Gosiewskiego w debacie moderowanej przez np. Bogdana Rymanowskiego) niż zupełnie zniknąć z mediów - szkoda, że w tak kiepskim stylu, łapiąc się niemalże przysłowiowej brzytwy.

Taki to numer wycięły przez większość skreślone już z mapy politycznej tzw. "przystawki" - można, myślę, rzec że zza grobu. Trzeba się wziąć do roboty panie Jarku, albowiem niech Pan się boi - już dwie trzecie Sejmu za Panem nie stoi!

Przykładność i grzeczna fryzura na boczek

Media ostatnio (ostatnio = od ostatnich wyborów) zajmują się przypadkiem posła Janusza Palikota, który - jak mówią i piszą - przekracza wszelkie granice dobrego smaku. Pochylmy się więc nad tym i podobnymi przypadkami.

Według ogólnie pojętych ram przyzwoitości parlamentarzysta powinien być grzeczny, przykładny i ładnie się prezentować (jest nawet pojęcie "język nieparlamentarny") albowiem jest przedstawicielem społeczeństwa, które go wybrało na pełnienie tego odpowiedzialnego stanowiska. Ideałem dla większości, w szczególności tej nieco starszej części, byłby z pewnością Krzysztof Ibisz, który zresztą kiedyś był posłem - wiem, że ciężko w to uwierzyć :)

Tylko teraz powstaje problem - czy taki piękne, przystojne, elokwentne i wyidealizowane indywiduum (przepraszam z góry jeśli ktoś się poczuł urażony takim epitetem) jest w pełni tym, czego oczekujemy po reprezentancie ludu? Czy taka osoba jest wiarygodna i spełnia nasze oczekiwania? Wiadomo, że każdemu - nawet księdzu - zdarza się przekląć, wyrazić niepochlebną opinię czy też zwyczajnie oczerniać przeciwnika - bo tak.

Osobiście wolę, kiedy osoba mówi bez ogródek to, co myśli, a nie ubiera swoje myśli w wyidealizowane wypowiedzi - bo przecież posłowi nie wypada. Otóż nie - według mnie wypada, jak mało komu! Jakież to się larum podniosło, kiedy "niechcący" wyciekły tzw. "Taśmy Gudzowatego", gdzie były Premier i Marszałek Oleksy nie przebierając w słowach opowiadał m.in. o swoich partyjnych kolegach. Cham i prostak - takie opinie przewijały się w komentarzach wszystkich, a w szczególności tych, których te wynurzenia dotyczyły. Czy naprawdę te osoby są takimi skończonymi hipokrytami, że wierzą iż sami takich rzeczy nie opowiadają? By-zy-dura!

Opowiadają i kto wie, czy nie więcej i mocniej - tylko, że jeszcze się nie wydało. Ot cała prawda. I tu możemy wrócić do posła Palikota, który specjalnie nie ma hamulców aby opowiadać to, jak on widzi polską politykę. Otóż daję sobie uciąć dowolną część ciała, że podobne poglądy, czy może raczej podobny sposób postrzegania rzeczywistości ma zdecydowana większość naszych parlamentarzystów - tylko po prostu tego nie uzewnętrzniają. Czy to dobrze? Z pewnością dla ich wizerunku tak, ale jak się czują, kiedy mówią jedno, a myślą co innego?

Czy taki, nie wybierając specjalnie, marszałek Jerzy "Buc Nadęty" Szmajdziński powinien się czuć szczególnie dotknięty, wręcz oburzony kiedy sam pewnie nie przebierając w słowach, w chwilach słabości (?) wyrzuca podobne epitety w stronę innych polityków? Koronnym przykładem zdaje się być również Najważniejsza Osoba w Państwie czyli Prezydent Kaczyński określając dziennikarkę jako "małpę w czerwonym". Po krótkiej ofensywie w mediach sprawa przycichła i nadal Prezydenta widzi się jako wielkiego dżentelmena całującego rąsie i wręczającego kosze kwiatów w kierunki płci pięknej.

Dlatego - parafrazując sławny już (czy mogę użyć słowa "kultowy"?) napis na koszulce - Jestem z Palikotem! Więcej śmiałości, mniej hipokryzji i zakłamania.