W poszukiwaniu lepszych reprezentantów?
Od dłuższego czasu wiele się mówi o parytetach podczas układania list wyborczych. Sprawa dotyczy konkretnie zbyt małej liczby kobiet (w szczególności na pierwszych miejscach) na arkuszach przedstawianych wyborcom przed urnami. Co ciekawe, zarówno wśród zwolenników, jak i przeciwników przeważają mężczyźni – kobiety, kolokwialnie mówiąc, "siedzą cicho". Pochylmy się więc nad słusznością umocowania w prawie takiego zapisu.
Przede wszystkim należy się zastanowić po co wybieramy własnych przedstawicieli na wyższe stanowiska, a także obdarzamy ich zaufaniem podczas startu po mandat posła względnie senatora. Odpowiedź jest prosta i nie należy tu dorabiać żadnej ideologii – po to aby nas, uwaga – ważne, reprezentowano w sposób godny i przedstawiający nasze poglądy oraz potrzeby. Czy w takim razie jest ważne, dla nas – wyborców, czy będzie to kobieta czy mężczyzna?
Kolejnym pytaniem, które należy sobie postawić jest hipotetyczna sytuacja, co stanie się jeśli (zakładam szeroko lansowany parytet 50/50) okaże się, że ciężko jest znaleźć odpowiednią liczbę osób danej płci spełniającą warunki narzucone przez ustawę. Wiadomo, że w obecnej postaci Parlament jest zdominowany przez osobników płci męskiej i o ile w regionach proporcje są mniej więcej równe, dla wszystkich obecnie reprezentowanych w Sejmie partii, to co podczas układania ma zrobić taka np. Partia Kobiet, w której przytłaczającą liczbę członków stanowią kobiety? Z drugiej strony mamy takie ugrupowania, jak LPR w których zdecydowana większość to mężczyźni – proszę porównać aktualne zestawienia posłów i senatorów, a także prześledzić archiwa.
I w tym momencie dochodzimy do paradoksalnej sytuacji. Dlaczego na listach kandydatów MUSZĄ pojawić się osoby, które dostaną się na nie tylko dlatego, że ustawa nakazuje obecność określonej liczby osób danej płci? Czy to jest już przypadkiem seksizm? Przecież może się zdarzyć (i z pewnością takie przypadki nie będą jednostkowe), że mężczyzna dostanie miejsce na liście tylko dlatego, że jest facetem i nie reprezentuje odpowiedniego poziomu, a bardziej kompetentna kobieta odpadnie gdyż postulowany parytet mówi, że płeć piękna może być reprezentowana tylko przez 50% reprezentantów?
trackback
Ależ oczywiście, że Polska paradoksem stoi. Zamiast zapisów o zaufaniu społecznym do kandydata, jego wiedzy, inteligencji czy czymkolwiek innym - ale mającym rzeczywisty wpływ na jakość danej kandydatury wyszukuje się temat zastępczy. Byle czymś zająć ciemnogród. Jakie znaczenie ma płeć, skoro i tak dana postać zahacza o głupotę, tumiwisizm i dbanie tylko o własne podwórko?
Polityk powinien być zawodem, który powinni wykładać w szkołach - nie zdasz, nie zaliczysz, nie masz prawa startować w wyborach - proste.
Kiedy przeglądam listy przy okazji różnych wyborów, wizja, że wszyscy ci kompetentni ludzie przestaną się mieścić na listach, jakoś nie zakłóca mi snu w nocy. ;)
Cały pomysł z parytetami opiera się oczywiście na założeniu, że owszem, z punktu widzenia reprezentacji interesów i potrzeb społeczeństwa, płeć reprezentantów ma (obecnie) znaczenie (w przeciwieństwie do wielu innych cech, jak np. kolor oczu). A wiele razy już słyszałem, że ktoś chętnie zagłosowałby na sensowną kobietę, ale nie głosuje, bo partia, którą ten ktoś skądinąd popiera, nie przedstawia takiej możliwości. Więc myślę, że parytet zwiększyłby wybór w tej mierze.
Jeśli zaś nie znajdzie się odpowiednia liczba chętnych na listy, to, jeśli rozumiem obecne propozycje, na liście będą po prostu puste miejsca.
(Cenzus dla biernego prawa wyborczego w formie jakiegoś egzaminu to pomysł skrajnie antydemokratyczny, równie dobrze możemy od razu zlikwidować wybory.)
Przychylałbym się ku opinii Białego, ponieważ pewne utarte zwyczaje sprawiają, że kwestia płci odgrywa pewne znaczenie - nie dramatyzowałbym, ale nie zmienia to faktu, że jakoś mężczyzn jest w polityce znacnie więcej. To wskazywałoby na nierównomierny dostęp płci do polityki, a to z kolei zmniejsza nieco jej różnorodność, bo pewne kobiety z być może innowacyjnymi pomysłami np. do Sejmu dostać się nie mogą. A to z kolei oznacza, że pewien być może ciekawy dla wyborców sposób myślenia - który może prezentować dana kobieta jako człowiek, bo w to patetyczne podnoszenie, jak to panna/pani inaczej myśli, niezbyt wierzę - nie tyle zostaje odrzucony, co nawet nie dostaje szansy na jakąś prezentację i rozpatrzenie.
I dobrze, że ktoś zaznacza, że chodzi o 50/50 na listach, a nie w mandatach, bo niektórzy tego nie są w stanie pojąć.