Be quick or be dead cz. 2
Wpis ten jest kontynuacją felietonu „Be quick or be dead” z dnia 28 października.
Aftermath
Żal było oglądać twarze zgromadzonych na wieczorze wyborczym polityków SLD. Z drugiej strony dopiero wtedy zrozumieli, że droga konformizmu, którą obrali w czasie kampanii miała tylko jeden kierunek – na dno, w otchłań niebytu. Tak bowiem należy podsumować wynik poniżej 10% i najmniejsza reprezentacja w Sejmie, mniejsza nawet od PSL i przede wszystkim Ruchu Palikota, wyraźnie zlekceważonego i skazywanego na pożarcie. Wydawało się, że paradoksalnie wygranym w SLD będzie Ryszard Kalisz, którego rywalizacja z Grzegorzem Napieralskim z pewnością w pewnym stopniu przyczyniła się do takiego, a nie innego wyniku Sojuszu. Niestety dla niego, ale i również dla lewicy okazało się, że triumfatorem jest kto inny – zmarginalizowany kilka lat temu przez Olejniczaka i Kwaśniewskiego były premier - Leszek Miller.
Wydawało się również, że nic więcej gorszego dla SLD nie może się już zdarzyć, że to wynik w okolicach 8% będzie dnem, od którego ugrupowanie (jeszcze) pod przywództwem Napieralskiego może się tylko odbić. Otóż nie, wszystkich komentatorów wprawiło w zdumienie, jak szybko Miller zdołał odbudować swoją pozycję w partii, z której musiał odchodzić nie znajdując miejsca na listach wyborczych w 2005 i 2007 r.
Wielu uważa, że powrót Millera do gry i jego wybór na szefa sejmowego klubu jest spowodowany tęsknotą działaczy za czasami, gdy SLD rządziło krajem i rozdawało karty w krajowej polityce. To przecież Leszek Miller był szefem Sojuszu w czasach największych sukcesów, to on zakończył negocjacje z Unią Europejską i podpisywał traktat akcesyjny, który wprowadził Polskę do Unii Europejskiej i doprowadził do pozytywnego wyniku referendum akcesyjnego.
Niestety, to za jego rządów wybuchły dwie największe afery III Rzeczpospolitej – „Afera Rywina” i „Starachowicka”, a Miller specjalnie nic nie zrobił aby wyjść z nich z twarzą. Wielu wypomina mu również „układanie” się z Kościołem przed wspomnianym referendum, jak i decyzję o przystąpieniu do koalicji antyterrorystycznej i wysłanie polskich wojsk do Iraku, przez co nazywany jest „zdrajcą idei lewicowych”. Szybko, jak widać po wyniku wyborów na szefa klubu, zapomniano również haniebny w moim przekonaniu start z list Samoobrony. Przerażające jest również to, co się dzieje już po wyborach. Wydaje się, że mocno przetrzebiona reprezentacja SLD mimo nowego szefa klubu nadal nie ma ani krzty pomysłu na dalsze funkcjonowanie, tylko wciąż niczym mantrę powtarza, że już na początku roku ma mieć miejsce magiczny kongres, który w wyobrażeniu wypowiadających się polityków, w równie magiczny sposób przyniesie czarodziejskie rozwiązanie, dzięki któremu Sojusz nagle stanie się czołową i poważaną siłą.
Otóż guzik prawda, że użyję dosadnego słownictwa. Jeśli nadal SLD będzie tkwił w takim marazmie i niemocy oraz powtarzaniu wyeksploatowanych dawno frazesów to śmiem twierdzić, że to były ostatnie wybory, w których osiągnął on wynik pozwalający na udział w podziale mandatów. Niestety z bólem muszę stwierdzić, że wszystko to, co się dzieje w ostatnich tygodniach wygląda na nieświadome „tańczenie, jak Palikot zagra”.
Marek Siwiec powiedział: „Palikot odciął nam kawał ogona”, a ja pytam kto pozwolił mu podejść tak blisko, że mu się to udało i nikt nie zauważył braku tego ogona, aż do momentu gdy Palikot triumfalnie nim zamachał? O ile wcześniej SLD płynął mniej więcej równo z konkurencją, to teraz może się ze zrezygnowaniem przyglądać oddalającej się szybko rufie z ognistym logo RPP i zdumiewające jest, że z niezrozumiałych powodów nie siada do wioseł, ale czeka na sprzyjający wiatr. Palikotowi nie dość, że wiatr dmie solidnie w żagle, to jeszcze wiosłuje on sam za pomocą populizmu w postaci oddawania uposażenia na dom dziecka, wszczęciem II Wojny Krzyżowej, podkradaniem posłów-elektów, itp.
W kwestiach światopoglądowych Palikot zawsze będzie bardziej naturalny od Millera (przypominają się układy z Kościołem przed referendum, religia w szkołach, wojsko w Iraku), ale również i w gospodarce wyborcy z lewej strony nie zapomną szybko nowemu-staremu szefowi klubu jego entuzjastycznych wypowiedzi na temat podatku liniowego. Ścigać się więc na lewicowość nie da, nie ma takiej potrzeby, a jeśli już to z pewnością nie z takim kapitanem. Do ogólnego obrazu bezradności i rozpaczy dołączyli ostatnio Wojciech Olejniczak i Aleksander Kwaśniewski forsując skądinąd znany pomysł „na otwarcie się na resztę środowisk” – jak się takie pomysły kończą mieliśmy znakomity przykład w latach 2006-2008. Dziękujemy i nie prosimy o więcej.
Co więc robić? Usiąść, płakać i wegetować, licząc na łaskę i zrozumienie wyborców za cztery lata? Pomysł na powszechne (pra)wybory szefa Sojuszu jest słuszny i podpisuję się obiema czarnobiauymi rękoma – od tego trzeba zacząć, ale również należy liczyć na zdrowy rozsądek „dołów” i „terenu”. W moim przekonaniu czas na całkowicie nowe otwarcie, ale bez dziękowania za współpracę doświadczonym politykom, jak zrobiono to 6 lat temu. Dajmy szansę działaczom z krwi i kości, tym którzy wykonują czarną robotę i znają wyborców na co dzień, a nie tylko z kampanii i wycieczek krajoznawczych autobusami i luksusowymi salonkami PKP, dajmy szansę tym, którzy od lat pracowali na sukces obecnej „góry”. Wykorzystajmy doświadczenie i obycie w kręgach władzy tych, którzy się wypalili jako główne twarze, użyjmy ich jako „seniorów” z silnym głosem doradczym. Otwórzmy się na ignorowane do tej pory środowiska z lewej strony sceny, nie na tych, którym zależy jedynie na dostaniu się do Parlamentu na plecach SLD, ale na faktycznie ideową lewicę, która ma zapał i chęć do pracy na rzecz Polski – wbrew pozorom jest takich osób dużo. I oni czekają na wyciągniętą rękę, przy czym nie liczyłbym na długie oczekiwanie, pamiętajmy – reszta okrętów odpływa, czas się wziąć do roboty.
trackback