Krajobraz po (przed) bitwie

Lewica parlamentarna (i ta poza nim) jest w rozsypce - to widzą i wiedzą wszyscy. Wojciech Olejniczak przekonuje cały czas, że do wyborów lepiej było iść "zjednoczonym" niż osobno na "ura!" - co z tego, kiedy krótko po nich mamy sytuację, kto wie, czy nie gorszą.

Warto podsumować co dobrego przyniosło kilka lat rządów "młodych" w SLD. Wypunktujemy:

  • jakoś nic mi nie może przyjść do głowy,
  • dalej nic,
  • może nic takiego nie miało miejsca?

Co w związku z tym? Dlaczego pan Olejniczak, mimo druzgocących ocen, zmarnowanych kilku lat nadal z uporem chce dalej ciągnąć wózek o nazwie SLD idąc po trupach (vide regionalne wybory "baronów")? Może odrobinę samokrytyki panie Przewodniczący. Może należałoby wyciągnąć wnioski z kilkakrotnie gorszych wyników wyborczych niż potrafiła to zapewnić poprzednia (przepraszam za kolokwializm) - zbanowana ekipa? Po co był LiD, dlaczego na plecach SLD do Sejmu dostały się osoby reprezentujące skrajnie różne poglądy i poparcie w granicach błędu statystycznego? Panu już dziękujemy, panie Wojtku.

Kierowana przez p. Wojtka formacja polityczna przypomina w tej chwili odprysk tego, czym powinna się zajmować partia mająca być przeciwwagą dla zdominowanego przez prawicę Parlamentu, a pole do popisu jest spore:

  • komercjalizacja szpitali,
  • ograniczanie praw pracowniczych,
  • podatek liniowy,
  • podsuwanie pomysłów na rozwiązania gospodarcze przez Polską Konfederację Pracodawców Prywatnych "Lewiatan",
  • i wiele, wiele więcej.

A co mamy? Groteskowe wystąpienia pani profesor Senyszyn i odgrażanie się Marka Borowskiego i przedstawienia wystawiane przez demokratów.pl (przepraszam, nie podam nazwisk, bo jakoś mi nie utkwiły w pamięci), wojenki podjazdowe przed wyborem nowego przewodniczącego. Do roboty!

Przyznam, że pod koniec szefowania Sojuszowi przez Leszka Millera myślałem, że gorzej być nie może i poprzez Olejniczaka, Napieralskiego wyjdziemy na prostą - teraz chętnie gromko zawołam, odszczekując: PANIE LESZKU, MYLIŁEM SIĘ.

Uwaga zakręt!

Na lewicy zamęt - zamęt spowodowany zbliżającymi się wyborami nowych władz, ale i również znaczącymi przegrupowaniami wewnątrz, nie tak dawno (podobno) monolitycznego LiD, który na szczęście przeszedł już do historii.

Szkoda tylko, że wskutek walki pomiędzy przewodniczącym Olejniczakiem, a sekretarzem Napieralskim traci na znaczeniu sam przekaz ugrupowań na lewo od PO, o przepraszam - demokratów.pl. Codziennie mamy nowe konferencje, przedstawianie jakichś-tam-kolorowych-ksiąg, a konkretów wciąż brak.

Jak na razie to cały "skręt w lewo" opiera się na atakach skierowanych ku Kościołowi i... To by było chyba na tyle - więcej nie zauważyłem. W tej chwili peleton "lewicy" skręcający w lewo prowadzi Joanna Senyszyn, u której lewicowość objawia się jedynie wspomnianymi wcześniej uwagami nt. konkordatu, roli kościoła i jego finansowaniu. Wczoraj w "Kropce nad i" pani Senyszyn raczyła wypowiedzieć bardzo ciekawe zdanie, które brzmiało mniej więcej tak: "Nasz program w 70% składa się z pomocy socjalnej, aktywizacji bezrobotnych i dbaniu o wykluczonych". To ja pytam w takim razie, o czym mówi pozostałe 30%? Jeśli o Kościele to porównywając częstotliwość wypowiedzi pani profesor o klerze z wywiadami nt. "socjału" to wydaje się, że o tych 70% mówi się w SLD chyba tylko na wewnętrznych, zamkniętych dla elektoratu posiedzeniach względnie w wewnątrzpartyjnej telewizji ponieważ w ogólnodostępnych mediach cisza, jak makiem zasiał.

Podsumowując - samym mówieniem o Kościele wiele SLD nie zyska, śmiem twierdzić, że nawet może stracić. Dodatkowo medialna wojna (tzw. szorstka przyjaźń) między liderami z pewnością nie pomaga - a gwoździem do trumny obecnego SLD jest, wielokrotnie przeze mnie wytykany, brak konkretów, którymi można zdobyć utracony przed laty elektorat.

Kilka lat rządów Olejniczaka z Napieralskim przyniosło lewicy poziom niespotykany jeszcze w III RP - na SLD chce głosować wyłącznie ultra-żelazny elektorat (żelazny już dawno nie chce), który prawdopodobnie tak zagłosowałby również gdy przewodniczącym zostanie wyciągnięty z kapelusza działacz z głębokiego zaplecza, niemający pojęcia o tym co mówi. Według mnie to stan zatrważający, sięgający poniżej dna, tam gdzie metr mułu. Czy znajdzie się osoba, która wymieni chociażby jeden plus działalności obecnej "wierchuszki" SLD czyli panów O. i N.? Jeśli tak, to proszę wpisać w komentarzach.

Co czeka lewicę w najbliższym czasie? Kilkanaście drobnych partyjek (SdPL, Polska Lewica Millera, Celiński z Balickim i Cimoszewiczem, Unia Pracy i szereg frakcji w SLD), które zostaną rozbite w jakichkolwiek wyborach? A może solidny wstrząs w SLD, rozliczenie "twórców" LiD i zabranie się do roboty, tworzenie prawa, wskazywanie że jest coś innego niż prawica?

A o Wojtku, Grzegorzu i Aleksandrze "ekologu" już zapomnijmy. I niech nie wracają.

Jak nie powinno się politykować cz. 5

Kilka dni temu Wojciech Olejniczak utwierdził wszystkich wątpiących w jego mandat do szefowania parlamentarnej lewicy o słuszności ich poglądów. Piję oczywiście do sławnego już "zrezygnowania z usług" demokratów.pl przy tworzeniu wspólnego ugrupowania - z rozbrajającą szczerością stwierdził on, że dotychczasowa formuła raczyła się wyczerpać. Trudno o żałośniejsze podsumowanie sztucznej koalicji, która już na samym początku nie miał prawa bytu.

Nie żebym był jej gorącym orędownikiem - zawsze byłem przeciw sztucznemu łączeniu ugrupowań o jakże rozbieżnych programach. Ta "zgraja" nie miała prawa istnieć, a trwała - mimo szyderczych opinii nawet i wewnątrz (vide wystąpienia Lityńskiego).

Problem tylko w tym, jak ta współpraca się zakończyła - oczywiście awanturą, bo inaczej być przecież nie mogło. Paliwem tejże było jednostronne wypowiedzenie wygłoszone przez Wojciecha Olejniczaka - podobno "po kawce" z naczelnym Krytyki Politycznej Sławomirem Sierakowskim. Najbardziej wzburzeni oczywiście byli przedstawiciele demokratów.pl, którzy natychmiast ogłosili (z pewnością z nieukrywaną ulgą), że przystępują do budowy silnego obozu centrowego i niewykluczają obecności w nim nawet posłów SLD (konkretnych nazwisk na razie brak). Wreszcie bowiem będą mogli się uwolnić od niewygodnego stawiania ich w jednym szeregu z "komuchami", a swój cel osiągnęli - są przecież w Sejmie, inna sprawa, że dostali się tam faktycznie "na plecach" SLD.

Wszyscy zastanawiają się jak postąpi SdPL - po której stronie się opowie. Z pewnością programem jest jej bliżej do SLD (demokraci.pl mają jakiś program?), ale wątpię czy to akurat zadecyduje - Marek Borowski jest raczej niemile widziany przez przedstawicieli SLD mających o nim opinię wichrzyciela i rozłamowca (nie wspominając już o tym, jak w pewnym okresie się wypowiadali inni przedstawiciele SdPL o dawnych towarzyszach z SLD).

I po co to było wszystko? Śmiem twierdzić, że przez stowarzyszenie z SdPL i PD tyle samo osób odwróciło się od SLD, co przybyło aby głosować na LiD. Po to żeby graficy mogli się popisać przy tworzeniu pomarańczowo-czerwonego logo nowej koalicji? A może aby Aleksander Kwaśniewski mógł jeszcze na chwilę wrócić na anteny mediów? Czy było warto?

Powodem pęknięcia LiD ma być zdecydowany "skręt w lewo" SLD - czy nie lepiej było włączyć kierunkowskaz przed wyborami prezentując KONKRETNE rozwiązania zamiast kolorowego folderka, wypełnionego banałami? W tej chwili tenże skręt objawia się oprowadzaniem gejów przez Sejm - jako przewodnik wycieczki wystąpił Ryszard Kalisz, jeśli to jedyny punkt nowego programu SLD, to ja chwilowo podziękuję. Wojciech Olejniczak walcząc o przedłużenie swojego szefostwa zapomniał najwyraźniej, że lewica ma za zadanie dbać o wszystkich, wyrównywać różnice, a nie tylko o tych, którzy aktualnie są "na ekranach".

Ja pytam gdzie są efekty tego skrętu - GDZIE SĄ KONKRETY? Jak będą wyglądać ustawy, które zaproponuje "skręcone" SLD, czego będą dotyczyć. O Kościele - wiemy, o związkach partnerskich - wiemy. A gdzie coś naprawdę dla społeczeństwa, dla tych, którym się powiodło w życiu nieco gorzej. Konkretów oczywiście brak.

Poprzednie części minicyklu: cz. 1, cz. 2, cz. 3, cz. 4.

Wszystko w porządku. Najlepszym.

Po dawno już obiecanym "odejściu" (miejmy nadzieję, że tym razem definitywnym) Aleksandra Kwaśniewskiego powoli rośnie napięcie w LiD - nawet mimo oficjalnego, jeśli za oficjalny można uznać wpis na blogu, dementi Marka Borowskiego. "Twarz kampanii" usunęła się z widoku więc powoli zaczyna pękać spinacz, który trzymał do tej pory koalicyjny komitet wyborczy - zobaczymy ile wytrzyma.

Tak, jak przewidywałem wcześniej tylko osoba byłego prezydenta gwarantowała "jako-takie" stosunki pomiędzy SLD, PD i SdPL - gdy jej zabrakło tarcia zaczynają się już przy pierwszej nadarzającej się okazji. A o co poszło? Otóż o podział ról w nowej kadencji.

Twór o nazwie "Komitet Porozumiewawczy LiD" ogłosił bowiem, że reprezentacja LiD będzie wyglądała następująco: Olejniczak – jako przewodniczący, Borowski i Lis – v-ce przewodniczący, a Jerzy Szmajdziński zostanie wicemarszałkiem. Pierwszy sygnał, że coś tu jest nie tak dał ugodowy zazwyczaj Ryszard Kalisz, który stwierdził (zresztą całkiem słusznie), że:

Kandydata Sojuszu do Prezydium Sejmu powinien najpierw rekomendować Zarząd Krajowy partii, a dopiero potem rekomendacja taka powinna być zatwierdzona przez Komitet Porozumiewawczy Lewicy i Demokratów.

A co mieliśmy? Klika Starszych Panów za plecami członków (ładne parę tysięcy osób) zarządziła sobie, że Wojtuś będzie tu, renegat Marek tam, a przedstawiciel 1-osobowej (słownie: jednoosobowej) reprezentacji PD w parlamencie Boguś będzie też na stołku. Nie dziwię się zwyczajowo spokojnemu Kaliszowi, że coś w nim pękło - mi też się scyzoryk w kieszeni otwiera.

Wygląda na to, że mamy kilka wariantów sytuacji:

  1. Olejniczak został zakrzyczany przez bardziej doświadczonego Borowskiego i starszego Lisa; następuje powolna marginalizacja Olejniczaka, a co za tym idzie SLD,
  2. Kwaśniewski, jak rasowy polityk z kilkunastoletnim stażem już na początku kampanii rozdał (znaczone) karty, a to co się teraz dzieje było przewidziane już dawno.

Obydwa powyższe punkty prowadzą do jednego wniosku. Ktoś (guess who?) uznał, że dotychczasowa idea SLD się wyczerpała i trzeba spróbować czegoś innego - do czego to doprowadziło widzieliśmy oglądając wyniki wyborów - osiągnięty rezultat nie wypada nazwać inaczej niż klęską. A czy ktoś pomyślał o rozliczeniu winnych tej porażki?

Po co, SdPL jest ponownie w sejmie, PD ma szansę (miejmy nadzieję, że nikłą) na wybicie się powyżej kanapy, a Wojtek będzie przewodniczącym klubu. Wszystko pięknie i ładnie.

Dość tego panowie!

Nowe rozdanie

Najważniejsze wydarzenie polityczne mamy już za sobą. Niestety, tak jak przewidywałem, Jarosław Kaczyński wraz z całą swoją (podkreślam swoją!) partią pokazał, że przegrywać nie potrafi. Zaraz po ogłoszeniu wstępnych sondaży z rozbrajającą szczerością przyznał, że porażki upatruje w atakującym go szerokim froncie mediów, które "nie pozwalały spokojnie rządzić". Cóż, myślałem, że w ten smutny dla niego niedzielny wybór zdobędzie się na odrobinę refleksji bądź samokrytyki. Nastrój PiS najlepiej podsumowała jedna z uczestniczek wyborczego spotkania nazywając warszawiaków zwykłą hołotą. Nic dodać, nic ująć - przytoczę tylko powiedzonko, które jest wpajane już w przedszkolu: "Kto się przezywa, tak samo się nazywa".

PiS przegrał przez swoją arogancję, napastliwość, dzielenie Polski na lepszą i gorszą (przeciwności typu my i ZOMO) oraz upartą pewność siebie, że należy robić to co się uważa nie licząc się z opinią publiczną - nawet po trupach.

Wynik LiD raczej potwierdził moje wcześniejsze wywody dotyczące dużej pomyłki, jeśli chodzi o powierzenie Aleksandrowi Kwaśniewskiemu roli twarzy kampanii wyborczej - niewiele bowiem brakowało aby lepszy wynik osiągnęło PSL, które nie brało udziału w żadnej z trzech, szeroko nagłaśnianych, debat. To powinno dać dużo do myślenia w siedzibie SLD - moje zdanie się nie zmieniło: trzeba rozwiązać w cholerę cały LiD i przekonać do siebie utracony elektorat lewicowy, który z niesmakiem patrzył na romanse z Partią Demokratyczną. Wystarczy popatrzyć ile mandatów zdobyli przedstawiciele demokratów.pl startujący z list LiD.

Najbardziej pozytywnym sygnałem, który doszedł do nas z PKW jest fakt, że przynajmniej przez kilka lat parlament uwolnił się od wymachujących szabelką komediantów z Samoobrony i LPR - miejmy nadzieję, że ich roli nie przejmie PiS.

No nie można

Zastanawiam się jak głęboko może się pogrążyć Aleksander Kwaśniewski. W opowieści o filipińskiej chorobie nie wierzy chyba nawet on sam przez co stawia w niemalże beznadziejnej sytuacji swoich towarzyszy w kampanii - zamiast o programie muszą odpowiadać na coraz bardziej niewybredne pytania ze strony, już nie tylko oponentów, ale również i dziennikarzy. Od początku byłem zdania, że były prezydent nie powinien się mieszać do obecnej polityki jako osoba będąca "na świeczniku" - po co się rozmieniać na drobne, szczególnie, że jako prezydent miał notowania, o których żaden z obecnych polityków marzyć nie może.

Jak mówiłem tak się niestety stało. Już pomysł z zawiązaniem LiD był według mnie wybitnie nie trafiony, próba cywilizowania, jak to nazywają SLD, "postkomunistów" ludźmi mającymi duży wkład w budowanie opozycji demokratycznej od początku była skazana na niepowodzenie. Do tego doszły liczne wpadki desygnowanego na premiera Kwaśniewskiego - wiadome było, że to właśnie on będzie najbardziej bacznie obserwowany. Że to jego wystąpienia będą najostrzej krytykowane. Nie - ambicja wygrała, a efekty dla lewicy widzimy gołym okiem. Taka sytuacja niezmiernie ułatwiła - niestety - kampanię PiS i PO. Czy tego chcieliśmy?

Paradoksalnie najlepszym głosem dla lewicy w tych wyborach będzie oddanie głosu na kogoś innego. Przy obecnej sytuacji politycznej widać, że prawdopodobnie żadnej ze zwycięskich partii nie uda się zbudować trwałej koalicji na cztery lata. Prawdopodobnie również czekają nas kolejne wybory - za rok lub dwa. Klęska, czy nawet słaby wynik wyborczy LiD wskaże wszystkim drogę - rezygnacja z Kwaśniewskiego, koniec współpracy z "przeklętymi" z demokratów.pl oraz wskazanie należnego miejsca Markowi Borowskiemu z SdPL. Prawdopodobnie wtedy SLD odzyska utraconą część elektoratu, który nie uznaje wspomnianych za wartych firmowania swoimi głosami. Na przykład mnie.

Twarz do bicia

Kolejny tydzień - kolejna niedyspozycja "przyszłego premiera". To powoli staje się monotonne, sam powoli zastanawiam się jaką taktykę zastosują wkrótce LiD, bo na dłuższą metę takie "występy" chyba nie przejdą.

Pierwszy sygnał dał wczoraj Marek Borowski na swoim blogu pisząc:

Wystąpienie Kwaśniewskiego w Szczecinie. Merytorycznie trafne (analiza "silnego państwa" Kaczyńskich), fragmentami mocne, wizerunkowo niestety nienajlepsze. Szkoda.

Trzymam się swojej opinii o tym, że Kwaśniewski, jako twarz lewicy, robi wiele więcej złego dla koalicji niż można dopatrzeć się plusów. Najpierw goleń później "kilka lampek", a w Szczecinie prezydent przyznał, że od kilku miesięcy bierze "bardzo silne leki". Kontynuując - kto wiedząc, że jest poważnie chory (zakładam, że to prawda) wystawia się na pierwszą linię w najbardziej brutalnym procederze, jakim jest kampania wyborcza. Myślę, że najbardziej na tym straci wynik, który uzyskają LiD i wyborcy, którzy mimo najpoważniejszych wpadek jednak zagłosują na lewą stronę.

Żal patrzeć, kiedy w każdej konfrontacji i debacie dyżurnym, pierwszym tematem są pytania o "samopoczuciu" Aleksandra Kwaśniewskiego. Przeciwnicy LiD biją w byłego prezydenta, jak w bęben czemu nie można się dziwić ponieważ jest to bardzo "wdzięczny" temat na kampanię, szczególnie w naszych, polskich warunkach. Panowie Olejniczak, Borowski, Szmajdziński - czy było warto!!? Co dała Wam koalicja z kanapowymi oldtimerami z demokratów.pl - ucywilizowanie tzw. "postkomuny" ludźmi z "etosu", którzy za waszymi plecami tak naprawdę Wami gardzą i jesteście dla nich drabinką, po której mogą się wspiąć na szczyt, z którego zrzucił ich naród w kilku kolejnych referendach? Źle się dzieje w państwie duńskim.

Autopromocja

Wczorajsza debata, reklamowana jako starcie III z IV RP wypadła bardzo blado. Przypominała nieco kiepski teleturniej tylko, że zamiast Ibisza wystąpił szef TVP - Andrzej Urbański.

Rację mieli Ci, którzy jako jedyny powód zwołania tego "wielkiego show" podawali chęć odsunięcia na boczny tor Donalda Tuska i PO. Każdy z dwójki polityków nie zabłysnął niczym konkretnym: Kwaśniewski był tradycyjnie odprężony, łatwo formułował riposty i nie rozsiewał nadmiernej demagogii, Kaczyński, jako wciąż urzędujący premier, chwalił się "osiągnięciami" rządu, sprawnie operował liczbami i wskaźnikami - nic nowego!

Oczywiście każdy zwolennik obu opcji twierdzi, że zdecydowanie na punkty wygrał ich kandydat - no właśnie. Nikt nie mówi o nokaucie, zdeklasowaniu przeciwnika czy też kompromitacji, najlepiej ilustruje to wczorajszy pojedynek. Obaj rozmówcy powiedzieli to, co mieli powiedzieć, bez specjalnych ataków i personalnych wycieczek, wydaje się, że nie tylko pytania były uzgodnione między sztabami wyborczymi, a również i odpowiedzi.

Nie było mowy o drażliwych tematach, atakowaniu poniżej pasa względnie docinkach pod publiczkę - wszystko starannie wyreżyserowane. Kwaśniewski zmarnował wielką szansę, aby zaskoczyć Kaczyńskiego i wyłamać się z ram, które narzucili mu organizatorzy programu. Były prezydent cały czas zapomina, że nie jest cały czas "byłym preziem", któremu nie wypada być stronniczym i w związku z tym jest... po prostu nijaki - A TO ON miał być lokomotywą kampanii LiD.

W debacie remis, dla lewicy kolejna zmarnowana szansa na promocję.

Nu! mołodiec!

Wczorajszy "występ" byłego prezydenta, przewodniczącego rady programowej LiD wyraźnie pociągnie w dół notowania Lewicy i Demokratów i to na samym początku kampanii, która prawdopodobnie przejdzie do historii jako najbardziej zajadła obfitująca w chwyty poniżej pasa.

Osoba, która jest twarzą eksportową ugrupowania, które (jako kolejne zresztą) obiecuje odnowę moralną po raz kolejny pisze scenariusz wyborczy dla swoich przeciwników, daje im argumenty - wręcz pomaga. Vanity Fair, odczyt na Ukrainie - co będzie następne? Otóż następne będzie ogłoszenie komitetu LiD, że Aleksander Kwaśniewski będzie kandydatem tego ugrupowania na premiera. Brak mi słów.

Czy Kwaśniewski ma tyle silną pozycję w środowisku parlamentarnej lewicy, że ujdzie mu na sucho każdy wygłup - umówmy się, że ostatnie wpadki byłego prezydenta wypełniają całkowicie znamiona takiego określenia. Nawet zawsze elokwentny Ryszard Kalisz, którego darzę ogromną sympatią, nie ma ostatnio specjalnie argumentów na obronę swojego szefa - to już coś znaczy. Czyżby do trzech razy sztuka?

Jako deser na weekend proponuję humorystyczno-prześmiewczy felieton Jana Lityńskiego (dla nieznających tematu - jednego z szefów LiD) pt. "Konstytucja SLD - było strasznie jest śmiesznie". Kilka cytatów:

"SLD-owski tekst jest pełen pompatycznego pustosłowia."

"Przyświecający z oddali twórcom Konstytucji Karol Marks stwierdził kiedyś, że historia się powtarza. Pierwszy raz występuje jako tragedia drugi raz jako farsa."

"Samo porównanie deklaracji programowej przyjętej przez Komisję Programowa Lid-u i Konstytucji SLD ukazuje ogromną rozbieżność w myśleniu programowym."

"Jednak Konstytucja SLD to zawoalowana rehabilitacja PRL-u i narzuconego Polsce systemu. I tego nie można zaakceptować."

I uwaga:

"Tekst ten napisałem, przed powstaniem Komisji Programowej LiD-u. Zwracaliśmy wówczas uwagę, że proponowana Konstytucja SLD niezwykle utrudnia, mówiąc delikatnie, współprace programowa."

Klika uczestników kanapowej partii szczycąca się ogólną liczbą członków i sympatyków nieprzekraczającą liczebności pierwszego lepszego koła SLD w powiatowym mieście zwraca uwagę, że Konstytucja SLD "mówiąc delikatnie" 'IM UTRUDNIA... Pozostawię to bez komentarza.

Sam nie wiem co mam napisać

Dziś Leszek Miller ogłosił, że będzie startować z listy wyborczej Samoobrony do Sejmu. Na konferencji prasowej powiedział:

- To partia dla ludzi, którzy nie chcą lewicy wystraszonej i niesamodzielnej. (...)
- Nowa partia rodzi się spontanicznie, z odruchu serca. Chcę budować formację, która nie będzie wiecznie przepraszać za PRL, która nie będzie się go wstydzić. Chcę powiedzieć ludziom: Nie musicie się wstydzić własnych życiorysów. Pracowaliście dla legalnego państwa, a obecni szaleńcy chcą to państwo zdelegalizować.

Nie wierzę. W tym MUSI być jakiś plan. Nie wierzę, że Leszek Miller chce "zadawać się" z politykami pokroju Leppera, Filipka czy też Wrzodaka. Czy aż tak pała chęcią zmierzenia się z Wojciechem Olejniczakiem, że zdecydował się na mariaż wyborczy z Samoobroną? Czy człowiek, który podpisywał traktat akcesyjny, jeden z najważniejszych dokumentów w historii Polski może chcieć mieć cokolwiek wspólnego z partią, w której wiodącą rolę odgrywał jeszcze niedawno skompromitowany poseł Łyżwiński? Wolałbym się odsunąć na zawsze od polityki niż korzystać z życzliwości Andrzeja Leppera.

Panie Leszku, dlaczego?

Dzisiaj na Radzie niewesoła nowina

...dla Leszka Millera. Zgodnie z wszelkimi przewidywaniami Rada Krajowa SLD nie zatwierdziła kandydatury Leszka Millera na liście wyborczej koalicji Lewicy i Demokratów. Tak, jak przypuszczałem były premier zrezygnował z członkostwa w SLD, w partii, którą sam tworzył i która pod jego rządami zdobyła najwyższe w historii poparcie w wyborach parlamentarnych - tym bardziej bolesna musiała być ta decyzja.

Podejrzewam, że jeszcze bardziej zawiedzeni od Millera są wojewódzcy działacze SLD, którzy stanęli murem za swoim kandydatem i niestety się okazało się, że mają zbyt mało do powiedzenia. Jak zwykle "teren" pozostał z tyłu, przydaje się do zbierania składek i po dzisiejszych decyzjach nic się nie zmieniło. Co prawda nie słychać żeby akurat w Łodzi na listy zostali wpisani (jak to się ma zdarzyć na śląsku) tzw. "spadochroniarze", dla których miejsca nie starczyło na listach w ważniejszych miejscach, ale pomruk niezadowolenia daje się wyczuć, a to nie wróży dobrze LiDowi. Najgorzej wygląda sprawa podziału miejsc między koalicjantów czyli w szczególności między SdPL, Demokratami i SLD. Podejrzewam, że lokalni działacze SLD najbardziej rozgoryczeni będą (w zasadzie już powinni być, bo listy zostały zatwierdzone) faktem, że to SLD jest w sejmie, to SLD ma pieniądze i tylko SLD zdobyło dostateczne poparcie narodu, a na listach LiD często wyżej są umieszczani działacze koalicjantów, którzy albo opuścili Sojusz w jego trudnych momentach (Borowski, Nałęcz) czy całkiem niedawno publicznie rozgłaszali, że postkomunistów porozwieszaliby po okolicznych słupach telefonicznych (Lityński). Smutne, że wszyscy tańczą jak im (prawdopodobnie) Aleksander Kwaśniewski zagra.

Mnie najbardziej rozbawił sondaż, w którym 54% respondentów odpowiedziało, że "zdecydowanie nie życzą sobie aby Miller kandydował z listy LiD", jestem bardzo ciekawy metodologii tego badania, a w szczególności czy te 500 ankietowanych osób było np. z Łodzi czy może z całej Polski, a może wszyscy byli z np. Słupska (przypomnę, że przy wyborze posła nie głosuje na jedną listę nazwisk cała Polska)? Warto dodać, że sondaż był przeprowadzony dla Rzeczpospolitej, która oczywiście zatriumfowała informując, że tylko 4% badanych stwierdziło, że były premier powinien "zdecydowanie kandydować". Jak widać manipulacje zdarzają się również "poważnym" tytułom i tak opluwana Wyborcza nie jest wyjątkiem. Tak na marginesie dodam, że podawanie wyników sondaży bez prezentowania ich metodologii jest równie opiniodawcze jak np. oskarżenie o kradzież Jana Kowalskiego nie precyzując, o którego Kowalskiego chodzi - a jest ich tysiące.

Switch (kolegaOlka) { }

Jako, że powoli rozpędza się machina wyborcza wszyscy politycy odkryli w sobie nieograniczone pokłady energii i starają się pokazywać we wszelkich możliwych mediach oraz na co większych imprezach względnie konwentach. Doskonałym tego przykładem był premier, który wczoraj, mimo z pewnością ogromu obowiązków, odwiedził Finlandię aby kibicować naszej reprezentacji podczas walki o punkty eliminacji Mistrzostw Europy.

Aktywność zaczęła się również przekładać na blogi, które do tej pory świeciły pustkami lub nie było ich wcale. Z blogiem wystartował również Wojtek (jak każe siebie tytułować na blogu) Olejniczak, który produkuje taśmowo wpisy właśnie od 7 września. Przeglądając te wpisy natrafiłem na bardzo ciekawy wywód dlaczego to Leszek Miller nie będzie zasiadać w nowej kadencji sejmu z poparcia LiD. Otóż lider SLD pisze, że:

Otóż więc Panie Premierze – chcę, by to zabrzmiało z pełną atencją wobec Leszka Millera – czas na zmiany. Wszak to między innymi Pan lansował tezę, że w polskiej polityce musi nadejść poważna zmiana pokoleniowa. I ona właśnie nadchodzi, staje się – na Pańskich i moich oczach.

To ja przepraszam, czy np. (z całym szacunkiem dla Nich) panowie Szmajdziński, Zemke, Iwiński i Martyniuk, Borowski i Nałęcz oraz Lityński i Geremek nie nadają się do "zmiany pokoleniowej"? Dlaczego Olejniczak nie powie wprost, że to Aleksander Kwaśniewski zadecydował o tym, że Miller, mimo poparcia łódzkiego SLD miejsca na listach mieć nie będzie? Niech pan przewodniczący Sojuszu Lewicy Demokratycznej wreszcie zdobędzie się na "ujawnienie prawdy" kto tak naprawdę podejmuje ostateczne decyzje w LiD?

Panie Wojtku proszę się obudzić, bo w pewnym momencie może się okazać, że pan również podpadnie pod "zmianę pokoleniową", kiedy Aleksander Kwaśniewski uzna, że pana czas się skończył. Były prezydent nie jest rycerzem na białym koniu, który nagle przybył aby zbawić polską lewicę - czy nikt do tej pory tego nie zauważył? Na razie widzimy człowieka, który po skończeniu dwóch kadencji na najwyższym urzędzie nagle uznał, że jeszcze potrafi - tylko, że niespecjalnie mu to wychodzi. Dla SLD demokraci.pl są potrzebni do "uczłowieczenia" wizerunku postkomunistów, po których można jeździć jako sprawców wszelkiego zła, a dla zmarginalizowanych demokratów SLD jest jedynym lewarem, który może wyciągnąć tą kanapową partię do poziomów pozwalających na zajęcie miejsca w sejmowych ławach. Tylko co poza tym mają wspólnego te dwa ugrupowania? Śpieszę z odpowiedzią: Aleksandra Kwaśniewskiego, który nagle zapragnął lewitować w stronę centrum.

Jak nie powinno się politykować cz. 4

Czyli nieustającego pouczania aspirujących do władzy lub tą władzę sprawujących, po raz kolejny o byłym prezydencie - Aleksandrze Kwaśniewskim. Otóż tematem drugim tematem (pierwszym są oczywiście nadchodzące wybory) w kolejności cytowania i omawiania jest słynna już wypowiedź Szefa Rady Programowej Lewicy i Demokratów dla Vanity Fair.

I nie chodzi tu o to, czy Kwaśniewski powiedział coś, co mogło obrazić kogokolwiek, nie chodzi tu również o małostkowe prostowanie, że tu przetłumaczyli tak, a nie inaczej. Że przekłamanie nastąpiło w momencie tłumaczenia z angielskiego na niemiecki, a potem z niemieckiego na polski czy też odwrotnie. Nieważne! Ważne (i tego nikt nie zauważył!!!) natomiast jest to, że ktoś, kto stoi na czele jakiegokolwiek ugrupowania szukającego poparcia w masach (chociażby to byli "biznesmeni stojący pod budką z piwem") nie może się wypowiadać w sposób rodzący możliwość podwójnej interpretacji. No nie może i koniec. Zawsze (i w tym przypadku mamy doskonały tego przykład) znajdą się tacy, szczególnie wśród sceptyków i przeciwników, którzy dany fakt przekręcą względnie zinterpretują na niekorzyść oratora i afera gotowa. Szczególnie przykre, że sprawa się "wypsnęła" właśnie Kwaśniewskiemu, który raczej za granicą jest odbierany bardzo pozytywnie i stanowi osobę, z której słowami liczy się wiele ważnych osobistości.

Myślę, że były prezydent od początku powrotu (tego ukrywanego, nie od momentu powrotu na afisz - daję głowę, że pomysł na LiD to jego sprawka) przysparza więcej zamieszania i kłopotów lewicy niż dobrego. Teraz PiS ustami premiera może sobie używać na całym LiD, jako prezentującym "pijaństwo na grobach pomordowanych", "urąganie papieżowi" (słynny występ z Siwcem) itp. itd. To jest dobry pomysł panie Olejniczak, bardzo chętnie natomiast chciałbym zobaczyć Pana, Panie Wojtku startującego z przedostatniego miejsca w Łodzi i Leszka Millera startującego jako ostatni. I wiem, kto tych głosów miałby więcej.

Nie możesz znaleźć wroga - stwórz swojego!

Walka Jarosława Kaczyńskiego z układem prawdopodobnie powoli dobiega końca, 7 września br. Sejm ma głosować za skróceniem obecnej kadencji - istnieje więc szansa, że mityczny układ przetrwał. Ale czy na pewno?

Otóż w zeszły weekend z wielką pompą ogłosili rozbicie groźnej szajki przestępczej, która niechybnie miała na celu manewrowanie Polską na szkodę obywateli, wspólnie i w porozumieniu. Konferencja była profesjonalnie okraszona dowodami w postaci zapisów podsłuchów, video z kamer ochrony oraz przepięknymi animacjami mającymi na celu dokładne przedstawienie, że nie może być w tym całym ambarasie żadnych pomyłek. Układ rozpoznany, rozbity, udowodniony!

W tym sęk, że wszyscy członkowie tegoż Układu doszli na świecznik dzięki tym, którzy ich w poprzednim tygodniu zatrzymali i pokazowo, na łamach wszystkich gazet i antenach wszelakich telewizji przesłuchiwali. Jak to powiedział Ryszard Kalisz:

PiS nie mógł przez dwa lata odnaleźć i zdemaskować mitycznego Układu więc postanowił go samemu stworzyć, później zdemaskować i ujawnić opinii publicznej.

Nic tak nie raduje tłumu, jak wyniki. Brak wyników - trzeba je poprawić, nawet kosztem tej bardziej rozumnej części społeczeństwa, która zwijała się ze śmiechu obserwując ową hucpę.

Cały ten cyrk przypomina mi od razu policjantów, którzy mają miesięczny "limit" spisań obywateli, którzy coś tam sobie przeskrobali. Czy jest spokojnie czy nie - ilość "spisanych" delikwentów ma być nie mniejszy niż, powiedzmy, 20 nazwisk. Jeśli jest ich mniej co robią dzielni stróżowie prawa? Przepisują z notesów kolegów nazwiska złapanych na niegodziwych czynach - tak, aby osiągnąć plan minimum. Prawda, że widać analogię?

Tylko czy, po raz kolejny zadam to pytanie, tak miała wyglądać odnowa moralna IV Rzeczpospolitej? Czy to są te zasady, które obowiązują?

Przegrani są w tym bałaganie wszyscy. PiS - bo żeby udowodnić, że Układ istnieje musi kogoś pokazać i złapać. Samoobrona i LPR - bo uwierzyli bezspornie w opowiadania Kaczmarka i jeszcze go desygnowali na premiera. SLD i Platforma bo wysuwali pod publiczkę żądania niemożliwe do spełnienia przy obecnym stosunku sił. PSL bo nie potrafiło się wyraźnie odciąć od tej sprawy i pokazać, że można stać z boku i nie mieszać się do z daleka cuchnącej sprawy.

Najbardziej przegrał naród, przegrał 2 lata.

Jak nie powinno się politykować cz. 3

Ileż to dobrego robi dla lewicy Aleksander Kwaśniewski... Każda kolejna jego wypowiedź wzbudza w lewicowym elektoracie albo złość z zażenowaniem, albo ironiczny uśmieszek. Po tym, jak objął "patronatem" koalicję LiD (czyli lewicy z dawno zmarginalizowaną Unią Wolności, dla niepoznaki przemalowaną na nowoczesne barwy - demokraci dot pe-el) zajął się rządzeniem, kto będzie startował, a kto nie przy czym przebił zuchwałością nawet Olejniczaka, który 2 lata temu wielkodusznie udzielił zgody Leszkowi Millerowi na start w wyborach... do Senatu.

Tym razem byłemu prezydentowi udało mu się coś, co powinno go na zawsze skreślić z horyzontu lewicy - w wypowiedzi, którą przytoczyły chyba wszystkie media stwierdził, że w następnych wyborach prezydenckich jest gotów poprzeć kandydaturę Donalda Tuska! Tego samego Tuska, który w każdej wypowiedzi odżegnuje się od jakichkolwiek kontaktów z lewicą, a jego partyjny kolega Rokita z chęcią by powywieszał na okolicznych słupach większość posłów z SLD - w imię znanej nam już walki z "komuną". Pan Kwaśniewski chyba zapomniał, że stając na czele Komitetu Wyborczego LiD przestał być raptem byłym prezydentem, a stał się automatycznie rzecznikiem m.in. polskiej lewicy parlamentarnej, jednego z największych polskich ugrupowań politycznych. A tu proszę, ot tak deklarujemy sobie poparcie dla nomen omen prawdopodobnie największego konkurenta.

Kolejna sprawa to zręczne wymanewrowanie Sojuszu przez PiS i jego psa łańcuchowego - ABW. Dzięki zatrzymaniu Kaczmarka i Kornatowskiego Sojuszowi nagle odechciało się powoływania komisji śledczych ponieważ niespecjalnie miałby kto zeznawać - nie wierzę bowiem, że prokuratorzy zatrzymywali ludzi po to, aby ich później "wypożyczać" do sejmu.

Nie napiszę nic o tym, jak to SLD złożyło propozycję Tuskowi na temat konstruktywnego wotum nieufności - wyglądało to tak, jakby mniej więcej gospodarz bez krowy zaproponował drugiemu chłopu, który ma tych krów 10 - wspólne prowadzenie wytwórni mleka, ja daję pomysł i jak się uda to biorę 50% zysków i glorię genialnego pomysłodawcy, a jak się nie uda to ty tracisz krowy i oborę, które zastawimy pod kredyt na rozkręcenie interesu. Szkoda słów.

Poprzednie odcinki "Jak nie powinno się politykować:

Mam nadzieję, że wcześniejsze odcinki zbytnio się nie zdezaktualizowały.

Kampanijnie

Jak widać w niektórych telewizjach PiS rozpoczęło już kampanię wyborczą (tak naprawdę to pierwszym jej akcentem była według mnie defilada za ciężkie pieniądze podatnika), w której usilnie stara się przekonać naród, że tak naprawdę to wszystko jest w porządku, na dobrej drodze i tylko trzeba jeszcze chwilkę poczekać, a będzie raj.

Do kampanii przymierza się też LiD, w szczególności w osobie nowego szefa Komitetu Wyborczego tegoż ugrupowania - Aleksandra Kwaśniewskiego. Warto również dodać, że największym zwolennikiem LiD samego w sobie, a kto wie czy nawet nie pomysłodawcą był były prezydent we własnej osobie. Jak na razie miast zaprezentować chociażby podwaliny programu wyborczego (wiemy bowiem, że nad nim się pracuje) szef Komitetu Wyborczego LiD woli mówić kogo na listach na pewno nie zobaczymy:

"Ci, którzy aktywnie tworzyli lewicę po 1989 roku, powinni pomóc, ale nie pojawiać na listach wyborczych. To bym Leszkowi Millerowi sugerował"

Tego można się było spodziewać, obaj panowie raczej nigdy za sobą nie przepadali. Natomiast jeśli chodzi o Józefa Oleksego to również nie będzie niespodzianki:

"Ta karta polityczna jest zamknięta".

Kwaśniewski sugeruje, że lewicę aktualnie powinni tworzyć i reprezentować młodzi - niestety jak "się rządzą" młodzi widzimy w tej chwili. Tak mało wyrazistych liderów SLD nie miało nigdy, niestety nic dobrego w następnej kadencji to nie wróży. Tak, jak "starzy", którzy "budowali lewicę po 1989 roku" w osobach Millera, Oleksego i Janika są niewygodni dla b. prezydenta to już mecenas Jan Widacki, Waldemar Dubaniowski i inni związani z nim - absolutnie. Według mnie p. Miller jest osobą, która ma znacznie większe zasługi dla Polski i lewicy od (nie umniejszając) Jana Widackiego, względnie zdecydowanej większości "twarzy", które z pewnością pojawią się na listach LiD. Do niczego dobrego to nie prowadzi.

Wojciech Olejniczak i Grzegorz Napieralski nie są osobami, które poprowadzą SLD do zwycięstwa wyborczego, a mariaż z dysponującymi marginalnym poparciem demokratami.pl elektoratu lewicy raczej nie przysporzy - może być wręcz przeciwnie. Należy więc zadać zasadnicze pytanie - czy Aleksander Kwaśniewski jest potrzebny SLD i lewicy?

PS. Panie premierze, pan się nie boi - dwie trzecie lewicy za panem stoi!

Gaśnica

Nowy minister edukacji jeszcze dobrze nie zaczął piastować swojego urzędu, a już musiał zostać sprowadzony na ziemię przez premiera. Chodziło oczywiście o "niefortunną" wypowiedź dotyczącą religii wliczanej do średniej ocen na świadectwach szkolnych:

Nie jestem entuzjastą pomysłu, żeby religia była liczona do średniej ocen.

Ostatnio podejrzanie cichy w sprawach politycznych Kościół (widać do tej pory skutecznie obłaskawiany przez obecną władzę) wybuchnął w bardzo mocnych słowach "za pomocą" abpa Sławoja Leszka Głódzia, który raczył pogrozić MINISTROWI laickiego (teoretycznie) państwa:

Jeżeli minister Legutko chce konfliktu i dysharmonii społecznej, to będzie ją miał. Zapowiedź zniesienia religii z listy przedmiotów wliczanych do średniej, bez konsultacji z Kościołem, uważam za arogancję.

Dramat! Jak dla mnie to powyższa wypowiedź jest swoistym wezwaniem do buntu, a co do arogancji to nie wie kto w tym wypadku jest większym arogantem - minister czy przypadkiem arcybiskup. W każdym innym, rządzonym przez przestrzegających słów konstytucji, państwie taka wypowiedź byłaby uznana, jako co najmniej niestosowna i powinna zostać odpowiednio oceniona. Tymczasem jedną wypowiedzią Ryszard Legutko został sprowadzony do poziomu ziemi zarówno przez arcybiskupa, jak i premiera, który pozwolił sobie zmienić decyzję ministra, co pokazało dobitnie ile do powiedzenia w tym rządzie ma minister. Ja bym zrezygnował.

Najważniejsze jest to, że akurat Kościół doskonale orientuje się w bieżącej sytuacji politycznej w Wolsce i wie, że po ostatnich spięciach na linii prezydent, premier vs Tadeusz Rydzyk Kaczyńscy nie mogą sobie pozwolić na widmo dalszej krytyki ich, jako ludzi przy władzy przez "katolików". Za dużo to będzie kosztowało i lepiej "uciszyć" ministra niż pogodzić się z utratą sporej ilości głosów, które z pewnością przejęłyby LPR, Prawica RP czy nawet Platforma. Zresztą na sprzeczki z KK nie idzie nawet, co uważam za bulwersujące, SLD, które "zaledwie" skieruje sprawę do Trybunału Konstytucyjnego, aby ten "zbadał zgodność ustawy z najwyższym prawem" i to bez żadnego komentarza dla narodu. Widać przed potencjalnymi wyborami każdy z polityków stara się BARDZO ważyć słowa, za bardzo.

W Układ układem?

Całkiem niedawno, jakby nam było mało intryg, miało miejsce spotkanie pierwszego najsprawiedliwszego z niesprawiedliwych z pierwszym sprawiedliwym w państwie sprawiedliwości. Obaj sprawiedliwi doszli do sprawiedliwego porozumienia, że najsprawiedliwsze będzie ogłosić nowe wybory, tak aby można było szybko powołać nowy, sprawiedliwy rząd.

Jak ćwierkają wróbelki zamieszkujące wokół Belwederu układ był prosty - "sprawiedliwi teraz" zgodzą się na, jak to pięknie ujęto "plebiscyt", a następni sprawiedliwi zapomną o pomysłach na konstruktywne wotum nieufności tudzież komisję śledczą d/s CBA. Nie wiem jak innym publicystom, ale mi szczególnie rzuciła się w oczy pazerność na wygraną w wyborach i rządzeniu krajem u Donalda Tuska. Myślę, że prezydent zażądał zbyt mało bowiem podgrzewany bardzo korzystnymi wynikami wszelakich sondaży szef Platformy zgodziłby się nawet na beatyfikację Andrzeja Leppera. Skąd my znamy to żądzę?

Po raz kolejny bracia Kaczyńscy po mistrzowsku rozwiązali dosyć trudną sytuację - z jednej strony niemal wszystkie siły w Sejmie chciały dopiec PiSowi przy okazji obrad komisji d/s nieprawidłowości i nieetyczności w działaniach CBA, a z drugie na horyzoncie rysowała się bardzo wyraźnie powyborcza koalicja POLiD. Jednym zaproszeniem, jednej osoby upieczono dwie pieczenie w jednej mikrofalówce (pieczenie na ogniu jest aktualnie passe). Tusk poczuł się Bardzo Ważną Osobą, a LiD na jakiś czas przeszła ochota na romanse z kimś, kto po usłyszeniu obietnicy lizaka odwraca się od reszty piaskownicy, za przeproszeniem, plecami ponieważ chce w samotności skosztować smakołyku.

Z drugiej strony Tusk jeśli, mimo obietnicy danej prezydentowi, jednak milcząco przyzwoli na powstanie KŚ d/s CBA okaże się wyłudzaczem, osobą nie wartą jakichkolwiek porozumień oraz obdarzenia zaufaniem. Czy z kimś takim można się dogadać? Lepiej przeczekać niż godzić się na rolę przystawki, mniejszego brata, na którego zawsze można zwalić odpowiedzialność ("a bo oni nam nie pozwalali"). W tej chwili lewicy parlamentarnej absolutnie na to nie stać!

Przegląd z komentarzami

Nie tylko amatorzy (tacy jak moja skromna osoba) blogują, blogi polityków z pierwszych stron gazet biją ostatnio rekordy popularności. Pierwszym blogerem był, poprawcie mnie jeśli się mylę, Ryszard Czarnecki - wokół jego blogu powstało nawet kilka mitów, z których najpopularniejszym jest to, że ten blog jest zawsze najlepiej poinformowanym źródłem o politycznych ruchach w państwie.

Niestety większość z nich to zwykłe lanie wody. Zdecydowane gro wygląda tak, jakby ktoś kazał biednym politykom pisać wypracowania i rozprawki jako karę za palenie papierosów w niedozwolonych miejscach. Dodatkowo dochodzi do tego zgraja nędznych komentarzy, w których odwiedzający mogą sobie ulżyć na rzecz prowadzącego lub zareklamować swojego sWeEEt bLogUsia!

Zdecydowanie, pod względem treści, wybija się z nich blog byłego premiera Waldemara Pawlaka, który obok niezwykle często aktualizowanej strony domowej, zawiera coś, co pozwala z chęcią do niego wracać. Kolejny dobrym przykładem, jak powinien wyglądać blog prowadzony przez polityka jest dziennik lokalnego, radomskiego radnego Bohdana Karasia. Panowie politycy, przyjrzyjcie się i czerpcie dobre wzorce.

A wracając do naszego ukochanego bagienka to bardzo ciekawą kwestię poruszył, wspomniany wcześniej, premier Pawlak:

Pani poseł J. Szymanek Deresz mówiła o tym, że SLD się ścigało z Platformą, kto pierwszy zgłosi wniosek o rozwiązanie Sejmu, a tymczasem warto zadać pytanie: czy w tej sytuacji, w tych okolicznościach nie należałoby przeprowadzić poważnej rozmowy praktycznie w gronie wszystkich klubów parlamentarnych? Bo wydaje się, że warto sprawę wyjaśnić i warto też sytuację w Polsce ustabilizować.

Celne spostrzeżenie. Zasadniczo może służyć za podsumowanie tego, co pisałem wcześniej we wpisach pod tytułem "Jak nie należy politykować" - chodziło pokrótce o to, że obecna opozycja poza machaniem szabelką nie jest w stanie niczego zaprezentować "od siebie" poza kolejnymi propozycjami na temat "wotum nieufności", "przedterminowe wybory", "spalić ich na stosie". Sęk tylko w tym, czy PiS, jako największa partia w Sejmie będzie chciała usiąść do takich rozmów? Pomysł w każdym razie warty kontynuowania - po przerwie wakacyjnej.

Skoro jesteśmy już przy "znanych i lubianych" to warto odnotować fakt, że bohater najpopularniejszego medium IV RP (chodzi oczywiście o taśmy) Józef Oleksy powrócił do blogowania i od razu napisał bardzo ciekawe zdanie:

Poznałem też aż nadto dobrze grono moich politycznych kolegów.Wyciągnąłem z całego doświadczenia wszystkie wnioski Będę więc od czasu do czasu opisywał swoje spostrzeżenia nie upatrując w tym ani niczego nadzwyczajnego ani też niczego sobie nie zakładając w dalszych zamierzeniach.

A ja się z nim zgadzam, z zażenowaniem oglądałem obłudne wypowiedzi Aleksandra Kwaśniewskiego i Wojciecha Olejniczaka zrównujące Oleksego z poziomem dna i mułu. Jaki jest język polityków każdy wie, a jeśli nie wie to może się domyślać - i nikt mi nie wmówi, że tacy jak Kwaśniewski czy inni ze świecznika mówią "ą i ę" i "bułkę przez bibułkę" prezentując Wersal na każdym kroku, szczególnie przy zakrapianym spotkaniu. Byłemu premierowi się dostało bo była konieczność publicznego potępienia i odcięcia się od polityka, który i tak już mało może. Wstyd.

Jak nie powinno się politykować cz. 2

No nie spodziewałem się po Jerzym Szmajdzińskim takich słów. Jest to kolejny przykład jak przedstawiciele sejmowej lewicy nie potrafią się odpowiedzialnie zachować. A o co poszło? O ewidentną prowokację i populistyczne (dla swojego potencjalnego elektoratu) wypowiedzi Romana Giertycha na wczorajszym kongresie LPR:

Te wszystkie LiD-y, popaprańcy różnego rodzaju, zebrani razem

Na co, zazwyczaj stonowany i ostrożny w wypowiedziach Jerzy Szmajdziński odpowiedział:

W stosunku do osób niepełnosprawnych intelektualnie jak pan Giertych podejmowanie czynności prawnych zostawiam moim młodszym kolegom

Powyższą wypowiedzią Jerzy Szmajdziński zjechał szybciutko do poziomu reprezentowanego przez Romana Giertycha oraz PO i PiS obrzucających się błotem za pomocą reklamówek telewizyjnych. A wystarczyło wpuścić jednych uchem i wypuścić drugim, takiej reakcji należałoby się spodziewać od każdego zrównoważonego i doświadczonego polityka, za jakiego go uważałem do tej pory. Panie Jerzy, dodał Pan sporo wiatru łódce, w której płynie Roman Giertych i długo, długo nikt!

Wstyd, że SLD daje się wciągać w taką pyskówkę, szczególnie, że zainicjowaną przez tonącą i ratującą się przed zmarginalizowaniem Ligę, dla której ten kongres był doskonałą szansą na szerokie wypłynięcie po raz kolejny nie przez program, a przez "znane i lubiane" puste oskarżenia i odwoływanie się do eurosceptyzmu i negowaniu korzyści, które dał nam Okrągły Stół.