A może tak, a może nie...

Cicho, ukradkiem - wręcz niepostrzeżenie zakończył się bojkot stacji TVN przez opozycyjny PiS (w przypadku Superstacji zachowano status quo) - podobno warunkowo. Wszyscy trzeźwo myślący oczywiście dawno doszli do wniosku, że "Prawo" i "Sprawiedliwość" bardziej szkodziło sobie omijając studia należące do ITI niż znienawidzonej rozgłośni, ale Rada Polityczna wpadła na to dopiero kilka dni temu.

Niektórzy - tych jest większość - sądzą, że decyzja ta została podyktowana faktem, iż Jarosław Kaczyński nie mógł już znieść reprezentantów prawicy w debatach prowadzonych np. w TVN24 w postaci Marka Jurka, Michała Kamińskiego czy też (o zgrozo!!!) wziętego adwokata Romana Giertycha. A tak naprawdę to dosyć podejrzanie decyzja o "warunkowym" zawieszeniu bojkotu zgrała się z tzw. "przewrotem Farfała", który to pozbawił PiS największej, najbardziej wpływowej tuby, jaką przez ostatnie kilka lat była TVP. Wielki dziw bierze moją skromną osobę, że do tej pory chyba nikt tego nie podkreślił?

Rada Polityczna PiS (czyt.: Jarosław Kaczyński) uznała zatem, że lepiej wypchnąć piewców w postaci Tadeusza Cymańskiego, Krzysztofa Putry względnie Pawła Kowala (bo jakoś nie wyobrażam sobie J. Kaczyńskiego tudzież P. Edgara Gosiewskiego w debacie moderowanej przez np. Bogdana Rymanowskiego) niż zupełnie zniknąć z mediów - szkoda, że w tak kiepskim stylu, łapiąc się niemalże przysłowiowej brzytwy.

Taki to numer wycięły przez większość skreślone już z mapy politycznej tzw. "przystawki" - można, myślę, rzec że zza grobu. Trzeba się wziąć do roboty panie Jarku, albowiem niech Pan się boi - już dwie trzecie Sejmu za Panem nie stoi!

Nowe rozdanie

Najważniejsze wydarzenie polityczne mamy już za sobą. Niestety, tak jak przewidywałem, Jarosław Kaczyński wraz z całą swoją (podkreślam swoją!) partią pokazał, że przegrywać nie potrafi. Zaraz po ogłoszeniu wstępnych sondaży z rozbrajającą szczerością przyznał, że porażki upatruje w atakującym go szerokim froncie mediów, które "nie pozwalały spokojnie rządzić". Cóż, myślałem, że w ten smutny dla niego niedzielny wybór zdobędzie się na odrobinę refleksji bądź samokrytyki. Nastrój PiS najlepiej podsumowała jedna z uczestniczek wyborczego spotkania nazywając warszawiaków zwykłą hołotą. Nic dodać, nic ująć - przytoczę tylko powiedzonko, które jest wpajane już w przedszkolu: "Kto się przezywa, tak samo się nazywa".

PiS przegrał przez swoją arogancję, napastliwość, dzielenie Polski na lepszą i gorszą (przeciwności typu my i ZOMO) oraz upartą pewność siebie, że należy robić to co się uważa nie licząc się z opinią publiczną - nawet po trupach.

Wynik LiD raczej potwierdził moje wcześniejsze wywody dotyczące dużej pomyłki, jeśli chodzi o powierzenie Aleksandrowi Kwaśniewskiemu roli twarzy kampanii wyborczej - niewiele bowiem brakowało aby lepszy wynik osiągnęło PSL, które nie brało udziału w żadnej z trzech, szeroko nagłaśnianych, debat. To powinno dać dużo do myślenia w siedzibie SLD - moje zdanie się nie zmieniło: trzeba rozwiązać w cholerę cały LiD i przekonać do siebie utracony elektorat lewicowy, który z niesmakiem patrzył na romanse z Partią Demokratyczną. Wystarczy popatrzyć ile mandatów zdobyli przedstawiciele demokratów.pl startujący z list LiD.

Najbardziej pozytywnym sygnałem, który doszedł do nas z PKW jest fakt, że przynajmniej przez kilka lat parlament uwolnił się od wymachujących szabelką komediantów z Samoobrony i LPR - miejmy nadzieję, że ich roli nie przejmie PiS.

Nie możesz znaleźć wroga - stwórz swojego!

Walka Jarosława Kaczyńskiego z układem prawdopodobnie powoli dobiega końca, 7 września br. Sejm ma głosować za skróceniem obecnej kadencji - istnieje więc szansa, że mityczny układ przetrwał. Ale czy na pewno?

Otóż w zeszły weekend z wielką pompą ogłosili rozbicie groźnej szajki przestępczej, która niechybnie miała na celu manewrowanie Polską na szkodę obywateli, wspólnie i w porozumieniu. Konferencja była profesjonalnie okraszona dowodami w postaci zapisów podsłuchów, video z kamer ochrony oraz przepięknymi animacjami mającymi na celu dokładne przedstawienie, że nie może być w tym całym ambarasie żadnych pomyłek. Układ rozpoznany, rozbity, udowodniony!

W tym sęk, że wszyscy członkowie tegoż Układu doszli na świecznik dzięki tym, którzy ich w poprzednim tygodniu zatrzymali i pokazowo, na łamach wszystkich gazet i antenach wszelakich telewizji przesłuchiwali. Jak to powiedział Ryszard Kalisz:

PiS nie mógł przez dwa lata odnaleźć i zdemaskować mitycznego Układu więc postanowił go samemu stworzyć, później zdemaskować i ujawnić opinii publicznej.

Nic tak nie raduje tłumu, jak wyniki. Brak wyników - trzeba je poprawić, nawet kosztem tej bardziej rozumnej części społeczeństwa, która zwijała się ze śmiechu obserwując ową hucpę.

Cały ten cyrk przypomina mi od razu policjantów, którzy mają miesięczny "limit" spisań obywateli, którzy coś tam sobie przeskrobali. Czy jest spokojnie czy nie - ilość "spisanych" delikwentów ma być nie mniejszy niż, powiedzmy, 20 nazwisk. Jeśli jest ich mniej co robią dzielni stróżowie prawa? Przepisują z notesów kolegów nazwiska złapanych na niegodziwych czynach - tak, aby osiągnąć plan minimum. Prawda, że widać analogię?

Tylko czy, po raz kolejny zadam to pytanie, tak miała wyglądać odnowa moralna IV Rzeczpospolitej? Czy to są te zasady, które obowiązują?

Przegrani są w tym bałaganie wszyscy. PiS - bo żeby udowodnić, że Układ istnieje musi kogoś pokazać i złapać. Samoobrona i LPR - bo uwierzyli bezspornie w opowiadania Kaczmarka i jeszcze go desygnowali na premiera. SLD i Platforma bo wysuwali pod publiczkę żądania niemożliwe do spełnienia przy obecnym stosunku sił. PSL bo nie potrafiło się wyraźnie odciąć od tej sprawy i pokazać, że można stać z boku i nie mieszać się do z daleka cuchnącej sprawy.

Najbardziej przegrał naród, przegrał 2 lata.

Gaśnica

Nowy minister edukacji jeszcze dobrze nie zaczął piastować swojego urzędu, a już musiał zostać sprowadzony na ziemię przez premiera. Chodziło oczywiście o "niefortunną" wypowiedź dotyczącą religii wliczanej do średniej ocen na świadectwach szkolnych:

Nie jestem entuzjastą pomysłu, żeby religia była liczona do średniej ocen.

Ostatnio podejrzanie cichy w sprawach politycznych Kościół (widać do tej pory skutecznie obłaskawiany przez obecną władzę) wybuchnął w bardzo mocnych słowach "za pomocą" abpa Sławoja Leszka Głódzia, który raczył pogrozić MINISTROWI laickiego (teoretycznie) państwa:

Jeżeli minister Legutko chce konfliktu i dysharmonii społecznej, to będzie ją miał. Zapowiedź zniesienia religii z listy przedmiotów wliczanych do średniej, bez konsultacji z Kościołem, uważam za arogancję.

Dramat! Jak dla mnie to powyższa wypowiedź jest swoistym wezwaniem do buntu, a co do arogancji to nie wie kto w tym wypadku jest większym arogantem - minister czy przypadkiem arcybiskup. W każdym innym, rządzonym przez przestrzegających słów konstytucji, państwie taka wypowiedź byłaby uznana, jako co najmniej niestosowna i powinna zostać odpowiednio oceniona. Tymczasem jedną wypowiedzią Ryszard Legutko został sprowadzony do poziomu ziemi zarówno przez arcybiskupa, jak i premiera, który pozwolił sobie zmienić decyzję ministra, co pokazało dobitnie ile do powiedzenia w tym rządzie ma minister. Ja bym zrezygnował.

Najważniejsze jest to, że akurat Kościół doskonale orientuje się w bieżącej sytuacji politycznej w Wolsce i wie, że po ostatnich spięciach na linii prezydent, premier vs Tadeusz Rydzyk Kaczyńscy nie mogą sobie pozwolić na widmo dalszej krytyki ich, jako ludzi przy władzy przez "katolików". Za dużo to będzie kosztowało i lepiej "uciszyć" ministra niż pogodzić się z utratą sporej ilości głosów, które z pewnością przejęłyby LPR, Prawica RP czy nawet Platforma. Zresztą na sprzeczki z KK nie idzie nawet, co uważam za bulwersujące, SLD, które "zaledwie" skieruje sprawę do Trybunału Konstytucyjnego, aby ten "zbadał zgodność ustawy z najwyższym prawem" i to bez żadnego komentarza dla narodu. Widać przed potencjalnymi wyborami każdy z polityków stara się BARDZO ważyć słowa, za bardzo.

Nie do wiary!

Atmosfera wokół byłego już ministra SWiA coraz bardziej gęstnieje. Nagle, tuż po jego odwołaniu zaczęły pojawiać się informacje o jego przywarach, a to, że wprowadził premiera w błąd, a to że chronił i działał w interesie "potężnego UKŁADU biznesowego", względnie że - i to prawdopodobnie w IV RP najpoważniejszy zarzut - zataił swoją przynależność do PZPR.

Nie uwierzę za żadne skarby w to, że premier, dysponujący potężnym (i coraz bardziej rosnącym w siłę) aparatem śledczym, osoba która może sprawdzić kiedy i do jakiego dentysty chodzi dowolny obywatel RP nie wiedział o fakcie przynależności Kaczmarka do Partii. Po prostu widać, że wcześniej mu to nie przeszkadzało, a obecnie każda informacja mogąca zdyskredytować byłego ministra jest dla premiera usprawiedliwieniem niezwłocznego pozbawienia teki niewygodnej osoby. Dosyć niekorzystnie bowiem wygląda sytuacja, kiedy to jedno z najbardziej wpływowych ministerstw w kraju powierza się "niesprawdzonej" osobie o wątpliwej, jak się później okazało, osobie.

A informację LiS, że Kaczmarek jest kandydatem tego "ugrupowania" na premiera możemy spokojnie potraktować w kategoriach political fiction klasy C.

Kłopociki

Aktualną sytuację w obozie rządzącym (według mnie bardzo dobre określenie - obóz - zrobisz coś nie tak, jak kapo nakazuje - giniesz) można porównać do popularnego określenia "czeski film" - nikt nic nie wie. Niby Samoobrona i LPR (aka LiS) są w koalicji z PiS, co implikowałoby jedno zdanie i poglądy "na zewnątrz", a jednak obie te partie ostro atakują na całej linii frontu największego koalicjanta. Andrzej Lepper, jako (jeszcze) szef Samoobrony całkiem niedawno pokazał, jak należy opuścić koalicję i jednocześnie w niej pozostać, a LPR nieśmiało prosi PiS o przywrócenie Daniela Pawłowca na jego poprzednie stanowisko, choć sama nie wierzy w sukces, a nawet jakąkolwiek odpowiedź na swoje błagania (rzecznik PiS skwitował, pewnie nieoficjalnie, te błagania jako - uwaga - głupie!).

Odwołanie Pawłowca i wybór ze swoich szeregów Mojzesowicza na szefa resortu rolnictwa było zabiegiem testującym koalicjantów - czy już są tak słabi, że raptem krzykną i umilkną, czy może będą machać szabelką w powietrze, względnie spuszczą nosy po sobie i przejdą do porządku dziennego. Opuszczenia koalicji ten test nie przewidywał ponieważ "przystawki" w tej chwili są tak słabe, jak nie były nigdy dotąd - i co się stało? Nic, bo nic się stać nie mogło.

Zachowanie się PiS i koalicjantów obecnie przypomina farsę. Nikt się nie zajmuje Polską, na tapecie od dłuższego czasu (niemalże od początku rządów) są rozgrywki personalne, prywatne wojenki i przepychanki. Wielkim sukcesem i jedynym ratunkiem dla PiS jest to, że akurat ta kadencja przypadła na wielki wzrost gospodarczy (który oczywiście bracia przypisują sobie, a nie poprzedniej ekipie), dzięki któremu jakoś można bronić twarzy - w szczególności wśród mniej rozumiejącego elektoratu - i mydlić oczy, że będzie jeszcze lepiej. Będzie lepiej jeśli skończycie mości panowie, oszczędzicie dalszego wstydu.

Obowiązkowo, w ramach parafialnych ogłoszeń, dodam, że okres urlopowy dla czarnobiauej już się (niestety) zakończył i wracamy do aktywnego komentowania niezbyt kolorowej rzeczywistości, a jako superbonus w imieniu ekipy lewicowego.joggera.pl i siebie zapraszam do nowego joggerowego saloniku politycznego, w którym będzie można spotkać między innymi i moje teksty.

Kraina dobrobytu

Na wczorajszym, jak to nazwałem na swoje potrzeby, spotkaniu chwalipięty premier Kaczyński podsumowywał rok swoich rządów. Nie należało się spodziewać szczególnych rewelacji - ot szef rządu po prostu opowiadał, że żyje nam się lepiej, dostatniej, a będzie jeszcze lepiej. Sukcesy (wg premiera) wyliczane były niemal taśmowo, ze szczególnym naciskiem na to, jak dzięki rządowi rośnie gospodarka i co za tym idzie dobrobyt obywateli - natychmiast odezwały się głosy niecnej i podstępnej opozycji, która niemal chórem (bynajmniej nie słowiczym) krzyknęła, że akurat sukcesy gospodarcze Polski to wcale nie jest zasługa PiS!

Otóż nie jestem w stanie się z tym zgodzić - wcale. Paradoksalnie rządząca partia (plus oczywiście przystawki, ale o tym później) zrobiła BARDZO DUŻO dla rozwoju gospodarczego kraju, więcej niż można się było po niej spodziewać. Rzekłbym nawet, że chytry plan Jarosława Kaczyńskiego przyniósł niemal same profity. "Jak to???" - odezwiecie się. W rzeczy samej dzięki wyjątkowo szczupłej ławce kadrowej PiS nie ma (i nie miał nigdy) żadnych fachowców, którzy potrafiliby zająć się gospodarką, wystarczy wskazać przykład "pozyskanego zza miedzy" ministra finansów. I to właśnie dzięki temu Polska rozwija się w imponującym tempie - dzięki temu, że PiS (jeszcze) nie zdążył się przyłożyć do jej rozwoju. Panie premierze! Gratuluję kolejnego sukcesu!

Warto, w kontekście wczorajszego chwalipięctwa, dodać że po raz kolejny LPR i Samoobrona, przepraszam - oczywiście LiS, zostały sprowadzone na ziemię i zostało im przypomniane ich miejsce. Premier ani razu nie wspomniał, że "sukcesy" rządu zostały "osiągnięte" również dzięki koalicjantom, którzy solidarnie (oj, ale wyświechtane słowo) popierali wszelkie pomysły Większego Brata. Nieładnie, nieładnie, wystarczyło chociaż dodać, że "nasze sukcesy nie mogłyby być osiągnięte dzięki przyciskom naszych przyjaciół z LiS"

Dwa tygodnie temu polecałem lekturę na weekend, mam nadzieję, że stanie się to nową świecką tradycją na tym blogu. Dziś jako "słowo na niedzielę" polecam:

oraz jako superbonus:

  • Wystawa "Nowa Huta - 802% normy" - pierwsza w Polsce na taką skalę multimedialna ekspozycja unikalnych archiwów fotograficznych, dokumentujących atmosferę czołowego projektu polskiego socjalizmu.

Przegląd z komentarzami

Nie tylko amatorzy (tacy jak moja skromna osoba) blogują, blogi polityków z pierwszych stron gazet biją ostatnio rekordy popularności. Pierwszym blogerem był, poprawcie mnie jeśli się mylę, Ryszard Czarnecki - wokół jego blogu powstało nawet kilka mitów, z których najpopularniejszym jest to, że ten blog jest zawsze najlepiej poinformowanym źródłem o politycznych ruchach w państwie.

Niestety większość z nich to zwykłe lanie wody. Zdecydowane gro wygląda tak, jakby ktoś kazał biednym politykom pisać wypracowania i rozprawki jako karę za palenie papierosów w niedozwolonych miejscach. Dodatkowo dochodzi do tego zgraja nędznych komentarzy, w których odwiedzający mogą sobie ulżyć na rzecz prowadzącego lub zareklamować swojego sWeEEt bLogUsia!

Zdecydowanie, pod względem treści, wybija się z nich blog byłego premiera Waldemara Pawlaka, który obok niezwykle często aktualizowanej strony domowej, zawiera coś, co pozwala z chęcią do niego wracać. Kolejny dobrym przykładem, jak powinien wyglądać blog prowadzony przez polityka jest dziennik lokalnego, radomskiego radnego Bohdana Karasia. Panowie politycy, przyjrzyjcie się i czerpcie dobre wzorce.

A wracając do naszego ukochanego bagienka to bardzo ciekawą kwestię poruszył, wspomniany wcześniej, premier Pawlak:

Pani poseł J. Szymanek Deresz mówiła o tym, że SLD się ścigało z Platformą, kto pierwszy zgłosi wniosek o rozwiązanie Sejmu, a tymczasem warto zadać pytanie: czy w tej sytuacji, w tych okolicznościach nie należałoby przeprowadzić poważnej rozmowy praktycznie w gronie wszystkich klubów parlamentarnych? Bo wydaje się, że warto sprawę wyjaśnić i warto też sytuację w Polsce ustabilizować.

Celne spostrzeżenie. Zasadniczo może służyć za podsumowanie tego, co pisałem wcześniej we wpisach pod tytułem "Jak nie należy politykować" - chodziło pokrótce o to, że obecna opozycja poza machaniem szabelką nie jest w stanie niczego zaprezentować "od siebie" poza kolejnymi propozycjami na temat "wotum nieufności", "przedterminowe wybory", "spalić ich na stosie". Sęk tylko w tym, czy PiS, jako największa partia w Sejmie będzie chciała usiąść do takich rozmów? Pomysł w każdym razie warty kontynuowania - po przerwie wakacyjnej.

Skoro jesteśmy już przy "znanych i lubianych" to warto odnotować fakt, że bohater najpopularniejszego medium IV RP (chodzi oczywiście o taśmy) Józef Oleksy powrócił do blogowania i od razu napisał bardzo ciekawe zdanie:

Poznałem też aż nadto dobrze grono moich politycznych kolegów.Wyciągnąłem z całego doświadczenia wszystkie wnioski Będę więc od czasu do czasu opisywał swoje spostrzeżenia nie upatrując w tym ani niczego nadzwyczajnego ani też niczego sobie nie zakładając w dalszych zamierzeniach.

A ja się z nim zgadzam, z zażenowaniem oglądałem obłudne wypowiedzi Aleksandra Kwaśniewskiego i Wojciecha Olejniczaka zrównujące Oleksego z poziomem dna i mułu. Jaki jest język polityków każdy wie, a jeśli nie wie to może się domyślać - i nikt mi nie wmówi, że tacy jak Kwaśniewski czy inni ze świecznika mówią "ą i ę" i "bułkę przez bibułkę" prezentując Wersal na każdym kroku, szczególnie przy zakrapianym spotkaniu. Byłemu premierowi się dostało bo była konieczność publicznego potępienia i odcięcia się od polityka, który i tak już mało może. Wstyd.

Kontratak

Na efekty milczenia braci Kaczyńskich w sprawie bulwersującego "występu" Tadeusza Rydzyka nie trzeba było długo czekać. Grupa europosłów wystosowała do prezydenta Lecha Kaczyńskiego list otwarty, w którym - uwaga - domagają się od niego przeprosin na rzecz "Ojca Dyrektora"! To nieprawdopodobne zdarzenie uzmysławia prawdziwą potęgę redemptorysty (?) z Torunia, który może liczyć nawet na reprezentantów naszego kraju w europarlamencie.

"Wzywamy prezydenta do zadośćuczynienia za krzywdy moralne i obrażanie Dyrektora Radia Maryja oraz całej rzeszy jego słuchaczy"

Mnie osobiście zastanawia fakt, czy owi posłowie naprawdę mają takie poglądy i uważają, że prezydent obraził Rydzyka, czy po prostu wyczuli możliwość koniunkturalnego zarobienia kilku głosów w następnych wyborach do europarlamentu? Wszyscy bowiem wiedzą, że słuchacze Radia Maryja są bezgranicznie i ślepo oddani swojemu, nie wiem jak go nazwać... idolowi? Słuchacze Radia Maryja, w większości, to starsze osoby podatne na manipulacje, których w oczywisty sposób dopuszcza się Rydzyk głosząc pod sztandarami Boga i wiary zwykłą nienawiść.

W tym miejscu widzę wielkie niebezpieczeństwo powstania precedensu polegającego na tym, że Rydzyk widząc, że oprócz ślepo oddanych wiernych ma poparcie polityków, a najwyższe władze w państwie nie reagują ostro i natychmiastowo na jego wypowiedzi będzie dalej testował na ile jest w stanie bezkarnie ingerować w sprawy kraju. Armia słuchaczy z poparciem polityków ze skraju prawej strony wraz z milczącym przyzwoleniem mniej radykalnej prawicy stanowi już poważne zagrożenie. I w tym momencie widziałbym rolę lewicy, która (o ile nie będzie usilnie walczyć o "każdy" elektorat) powinna stanowczym wystąpieniem zgłosić wyraźny sprzeciw wobec narastającej fali nienawiści inicjowanej przez (uwaga!) ślepo oddanych "miłowaniu i pokojowi". Niestety boje się, że SLD może się nie zdobyć, ze względu na wcześniej wspomniany "każdy" elektorat, na taką próbę.

Czuję się w również w obowiązku napisać, że owymi światłymi, wrażliwymi europosłami uważającymi, że to prezydent jest winny są: Urszula Krupa i Witold Tomczak, ponadto pod listem podpisali się byli parlamentarzyści Jan Łopuszański i Halina Nowina-Konopka.

Miejsce w szeregu

Wczorajszy dzień przyniósł nam dodatkowe odpowiedzi na pytania o co tak naprawdę chodziło w poniedziałkowym zamieszaniu w rządzie. Otóż Jarosław Kaczyński uznał, że przyszedł już czas sprawdzić, jak zachowa się Samoobrona w momencie pozbycia się z rządu Andrzeja Leppera. Po pierwszym zrezygnowaniu z jego usług premier nie miał pewności, czy klub Leppera będzie na tyle zdecydowany by przeciwstawić się swojemu szefowi (pamiętne zapowiedzi: Samoobrona to Lepper, Lepper to Samoobrona) i przyjął go ponownie do rządu - teraz już takich wątpliwości nie było.

Co prawda Lepper na konferencji prasowej gorliwie podkreślał, że klub jednogłośnie zagłosował za opuszczeniem koalicji, ale widać było brak pewności, buty i zacietrzewienia w jego wypowiedzi. Posłowie Samoobrony za bardzo są zadłużeni, za bardzo przyzwyczaili się do opływania w stanowiska, mają za dużo zobowiązań aby gładko zrezygnować z możliwości współrządzenia krajem. I właśnie wczoraj powiedzieli Lepperowi NIE.

Według mnie to już koniec politycznej kariery byłego wicepremiera, ministra rolnictwa. Bez ślepego posłuszeństwa swoich popleczników nie będzie już taki mocny, jak dotąd. I ten moment doskonale wyczuł i wykorzystał Jarosław Kaczyński - upiekł dwie pieczenie na jednym ogniu. Po pierwsze pozbył się nieobliczalnego i niewygodnego Leppera, a po drugie utrzymał większość w Sejmie zatrzymując "szable" z Samoobrony.

I tu dochodzimy do sedna sprawy, rządy PiS (a raczej JK) polegają na ciągłym zastraszaniu, intrygach i kwitach. Kiedyś mówiło się "pokaż człowieka, a znajdę na niego paragraf", a teraz można jeszcze więcej, szczególnie mając w ręku CBA, ABW, IPN nie mówiąc już o służalczej prokuraturze. Przykład Andrzeja Leppera dobitnie pokazuje, że każdego można zniszczyć i pozbyć się go w białych rękawiczkach. Posłowie LPR i Samoobrony już dawno zdali sobie sprawę, że w zamian za możliwość pomachania szabelką (konferencje prasowe Giertycha i Leppera) i stanowiska w terenie stanowią dla PiS jedynie siłę dostarczającą brakującą do większości liczbę głosów w parlamencie. Każde większe wychylenie zostaje natychmiast karcone pod byle pretekstem, a jeśli nie ma mocnych kart - zawsze można je "dodrukować" mając w ręku wcześniej wymienione służby.

Wcześniejsze wpisy