Nieważne szczegóły

Pan Prezydent raczył w dniu przedwczorajszym wystosować do narodu Orędzie. Tak się składa, że za pomocą tegoż strzelił sobie boleśnie w stopę, sobie jak i również popierającej Go partii.

Po tym jak Jarosław Kaczyński raczył sprowadzić użytkowników Internetu do poziomu, hmmm, lekkoduchów, jego brat zdołał po raz kolejny udowodnić, że najwyższy urząd w Państwie pogłębia podziały wśród narodu i dać przykład reszcie cywilizowanych krajów, że mimo zmiany rządu Polskę należy wciąż traktować, jako średniowieczne poletko pełne zabobonów i uprzedzeń. Jak bowiem tłumaczyć ciągłe straszenie Polaków rewizjonistycznymi Niemcami, inwazją gejów oraz szablozębną Brukselą, która zabierze, rozbierze i puści z torbami Prawdziwego Polaka? Cytując Jacka Kurskiego - "ciemny lud to kupi", tylko że warto się zastanowić ile razy?

Dla tych, którzy troszkę uważniej się przyjrzeli spotowi reklamowemu (chyba tak należy traktować poniedziałkowe wystąpienie Lecha Kaczyńskiego) z pewnością rzuciły się w oczy pewne niejasności. Natomiast dla tej części, która nie zwróciła uwagi na końcu podaję rozwiązanie, oczywiście będące niczym innym niż wytworem mojej zmanierowanej wyobraźni:

  1. dlaczego najpierw pokazywany jest Prezydent, który z radością ściska rękę Kanclerz Merkel, a potem ta sama Merkel jest pokazywana z Eriką Steinbach?
  2. dlaczego jako ilustracja rewizjonizmu przedstawiana jest mapa z dwudziestolecia międzywojennego z zaznaczonymi na czarno ziemiami, które wtedy należały do Niemiec, a teraz do Polski? Nie są natomiast w żaden sposób oznaczone ziemie, które teraz należą do naszych wschodnich sąsiadów - czy to oznacza, że będziemy się domagać zwrotu Lwowa i Wilna?
  3. dlaczego jako tło muzyczne wybrano motyw z filmu, w którym niemal co chwilę wychwalane są tak znienawidzone przez Prezydenta formacje jak AL i GL, a AK jest marginalizowane jako "podziemie w podziemiu" tylko szkodzące słusznej sprawie?
  4. dlaczego Prezydent mija się z prawdą strasząc Kartą Praw Podstawowych, która ponoć ma zburzyć porządek, gdzie małżeństwo jest związek kobiety z mężczyzną, a z pewnością doskonale wie, że niczego takiego tam nie napisano - co więcej, jest wyraźnie powiedziane, że w takich sprawach prawo kraju członkowskiego stoi ponad unijnym (pomijam straszenie Polaków ślubem gejów, który nie dość, że nie odbył się Polsce, nawet nie w zepsutej zachodniej Europie czy nawet nie w Unii tylko w Kanadzie!)?
  5. a podsumowując dlaczego Prezydent siedział przed flagą Indonezji (względnie Monako)?

Obiecane rozwiązanie to wspomniany wcześniej cytat - "Ciemny lud wszystko kupi", dopowiem tylko od siebie: "żeby to było tylko odpowiednio emocjonalnie zabarwione - a szczegóły nie są wcale ważne". Jak bowiem tłumaczyć śliczne wiejskie domki, które zabiorą najeźdźcy zza Odry, jak tłumaczyć znany i lubiany, chwytający za serce motyw muzyczny, jak w końcu nazwać końcowe słowa, w których przewija się "Nie pozwolę! Nie zgodzę się!". Kto się będzie zastanawiał i wnikał? Za broń rodacy - na Brukselę!

Szufladka

Wszyscy znają nowy kurs PiS - inteligencja, młodzi - to prawdopodobnie przez te grupy społeczne rządzi dziś Donald, a nie Jarosław. Ostatnia konferencja z udziałem "wybitnych ludzi nauki" zdawała się potwierdzać obrany kierunek. Tym bardziej dziwi (nie tylko mnie) wypowiedź (oczywiście wyrwana z kontekstu) Jarosława Kaczyńskiego na temat przybliżania urn wyborczych dla tych, którym się po prostu nie chce:

Akt głosowania powinien być według mnie czynnością poważną, świadomą, wymagającą pewnej fatygi. Nie jestem entuzjastą tego, żeby sobie młody człowiek siedział przed komputerem, oglądał filmiki, pornografię, pociągał z butelki z piwem i zagłosował, gdy mu przyjdzie na to ochota. Zwolennicy głosowania przez Internet chcą tę powagę odebrać.

Warto zauważyć, że to właśnie ludzie inteligentni i młodzi starają się "wysługiwać" Internetem wszędzie tam, gdzie się da co wyraźnie kłóci się z wizją przyciągnięcia przez PiS wspomnianego elektoratu. Jak to? Czyżby Jarosław Kaczyński widział w Sieci tylko pornografię, a w jej użytkownikach popijających piwko degeneratów? Bardzo ciekawe szufladkowanie znacznej części społeczeństwa. Otóż Panie Prezesie - obiecuję, że jeśli w jakikolwiek sposób przyłoży się Pan do wprowadzenia e-votingu (myślę, że wybory samorządowe byłyby doskonałym "poligonem") to obiecuję mieć podczas głosowania otwartą tylko stronę PKW - piwo odłożę do lodówki, strony z XXX zminimalizuję, a klikać będę na stojąco.

Dalsza część wypowiedzi byłego premiera jest równie ciekawa:

Wiadomo, kto ma przewagę w Internecie i kto się nim posługuje. Tą grupą najłatwiej manipulować, sugerować na kogo ma zagłosować.

Czyli mitycznego układu ciąg dalszy - Internet jest również opanowany przez żelazne macki, które oplatają całą Globalną Wioskę. Co ciekawe agitacja i manipulacja w Internecie jest dla Prezesa czymś nagannym, wartym tępienia, a taka sama - niemniej agresywna kampania prowadzona z ambon jest tym, na co można przymknąć oko, a nawet po cichu tolerować. W skrócie: jeśli nadają na nas - be, mówią zgodnie z linią - cacy.

Osobiście, według mnie to nowy kurs PiS jest tylko pewnego rodzaju makijażem nakładanym przez górę partii aby pozbyć się etykietki "ortodoksyjności" i rozszerzyć swoje wpływy, które mogą się przełożyć na głosy - jednak, jakby to powiedział mój znajomy - "słoma nadal z lakierek wychodzi". Z jednej strony walczymy o głosy nie tylko tych, którzy już nas znają i wychodzimy z otwartymi ramionami na każdego, nawet wcześniej obrażanych wykształciuchów, a z drugiej strony wszystko co nowe, nowoczesne i (chyba) nie do końca zrozumiałe jest by default złe i nie do przyjęcia.

Czy ktoś nad tym panuje?

Karta z dużym limitem wydatków

Takiego kredytu zaufania, jak ma obecnie Donald Tusk i jego ministrowie nie miała do tej pory żadna ekipa rządząca Krajem nad Wisłą zwanym jeszcze do niedawna "Wolską". Przychylna prasa i telewizja (czym z pewnością nie mógł się pochwalić poprzedni rząd), rozentuzjazmowany naród - także i ten na emigracji, nawet gwiazdka młodzieżowej popkultury zwana Dodą zaśpiewała specjalnie dla premiera w jednym z najpopularniejszych programów publicystycznych. Tego jeszcze nie było i... prawdopodobnie więcej nie będzie. To właśnie ten rząd ma według mnie najtrudniejsze zadanie przed sobą - udowodnić milionom polaków, że rekordowa frekwencja wyborcza (przez niektórych nawet porównywana ze zrywami powstańczymi) potrafi coś zmienić. Oczywiście na lepsze.

Śmiem twierdzić, że jeśli końcowa ocena dokonań tego rządu będzie negatywna to przy następnych wyborach komisje wyborcze będą solidnie ziewać bo nie będzie komu rozdawać kart do głosowania, a frekwencja nie przekroczy 35%.

Początek nowy rząd będzie miał z pewnością niełatwy, a tejże sytuacji z pewnością nie poprawił styl, w jakim Jarosław Kaczyński oddał władzę Donaldowi Tuskowi – nawet bez podania ręki i poprzez wicepremiera - listownie. Ministrowie w większości przypadków wkraczali sami do przyszłych miejsc pracy ponieważ ich poprzednicy z (niechętnie) ustępującej ekipy nie uznali za stosowne przekazać im obowiązków, ani chociażby życzyć powodzenia. To drobne, ale przykre prztyczki dla tych, w których cała nadzieja.

Kolejną bombą z tykającym mechanizmem jest z pewnością "nocna zmiana" miejsca zamieszkania kopalni haków na każdego polityka czyli archiwów WSI. PiS wie, że bitwę (pewnie i wojnę) przegrał, ale za pomocą "przypadkowo" wyciekających dokumentów ma zamiar prowadzić walkę partyzancką z rządem oczerniając wybrane osoby w najmniej spodziewanych momentach.

Back to life. Ale co to za życie...

Po ponadtygodniowej żałobie, chronicznym bólu gardła, zdezorientowaniu (niepotrzebne skreślić) prezydent raczył przypomnieć o swojej obecności - prawdopodobnie dlatego, że Donald Tusk (premier trochę z Gdańska, a po części z Warszawy) zdobył się wreszcie na przeprosiny. Przeprosiny za, szczerze mówiąc, nie wiadomo co - wieść gminna niesie, że za nadmierne używanie zwrotu "bracia Kaczyńscy", ale to w sumie dobrze, że naburmuszanie Pałacu Prezydenckiego wreszcie będzie miało powód do zakończenia tej komedii. Co prawda niektórzy (niektórzy = Joachim Brudziński) stwierdzili, że przyszły szef rządu ŹLE PRZEPROSIŁ i takie przeprosiny się nie liczą, ale "ten pan już nie rządzi" więc Jego słowa możemy śmiało potraktować jako mało wiążące. Widać nową świecką tradycją przed zaprzysiężeniem na urząd premiera stanie się przepraszanie - nieważne za co, przepraszać prezydenta trzeba (nie dotyczy sytuacji, kiedy premierem ma zostać polityk PiS).

Jeśli chodzi o moje spostrzeżenia to w kwestii znieważania i obraźliwej kampanii akurat PiS prowadziło do samego końca - ale co tam. Przecież już po sprawie. Źle się natomiast dzieje, że głowa blisko czterdziestomilionowego państwa, członka Wspólnoty Europejskiej stroi fochy, bo wygrała nie ta opcja, co potrzeba, czym umacnia swój wizerunek, jako prezydenta "tego narodu, który stoi tutaj" - bo ci, którzy wygrali pewnie są z ZOMO, a na dodatek pewnie i z Wehrmachtu.

A w ogóle to według mnie wszelkie pomówienia o naburmuszenie się Lecha Kaczyńskiego są grubo przesadzone - najprawdopodobniej od dnia ogłoszenia wyników wyborów prezydent był zajęty przygotowywaniem uniwersalnego druku do wetowania ustaw składanych przez przyszły rząd. Takiego gotowca, w którym sekretarka będzie wstawiać tylko nazwę ustawy - resztę załatwi automatyka.

Nowe rozdanie

Najważniejsze wydarzenie polityczne mamy już za sobą. Niestety, tak jak przewidywałem, Jarosław Kaczyński wraz z całą swoją (podkreślam swoją!) partią pokazał, że przegrywać nie potrafi. Zaraz po ogłoszeniu wstępnych sondaży z rozbrajającą szczerością przyznał, że porażki upatruje w atakującym go szerokim froncie mediów, które "nie pozwalały spokojnie rządzić". Cóż, myślałem, że w ten smutny dla niego niedzielny wybór zdobędzie się na odrobinę refleksji bądź samokrytyki. Nastrój PiS najlepiej podsumowała jedna z uczestniczek wyborczego spotkania nazywając warszawiaków zwykłą hołotą. Nic dodać, nic ująć - przytoczę tylko powiedzonko, które jest wpajane już w przedszkolu: "Kto się przezywa, tak samo się nazywa".

PiS przegrał przez swoją arogancję, napastliwość, dzielenie Polski na lepszą i gorszą (przeciwności typu my i ZOMO) oraz upartą pewność siebie, że należy robić to co się uważa nie licząc się z opinią publiczną - nawet po trupach.

Wynik LiD raczej potwierdził moje wcześniejsze wywody dotyczące dużej pomyłki, jeśli chodzi o powierzenie Aleksandrowi Kwaśniewskiemu roli twarzy kampanii wyborczej - niewiele bowiem brakowało aby lepszy wynik osiągnęło PSL, które nie brało udziału w żadnej z trzech, szeroko nagłaśnianych, debat. To powinno dać dużo do myślenia w siedzibie SLD - moje zdanie się nie zmieniło: trzeba rozwiązać w cholerę cały LiD i przekonać do siebie utracony elektorat lewicowy, który z niesmakiem patrzył na romanse z Partią Demokratyczną. Wystarczy popatrzyć ile mandatów zdobyli przedstawiciele demokratów.pl startujący z list LiD.

Najbardziej pozytywnym sygnałem, który doszedł do nas z PKW jest fakt, że przynajmniej przez kilka lat parlament uwolnił się od wymachujących szabelką komediantów z Samoobrony i LPR - miejmy nadzieję, że ich roli nie przejmie PiS.

No nie można

Zastanawiam się jak głęboko może się pogrążyć Aleksander Kwaśniewski. W opowieści o filipińskiej chorobie nie wierzy chyba nawet on sam przez co stawia w niemalże beznadziejnej sytuacji swoich towarzyszy w kampanii - zamiast o programie muszą odpowiadać na coraz bardziej niewybredne pytania ze strony, już nie tylko oponentów, ale również i dziennikarzy. Od początku byłem zdania, że były prezydent nie powinien się mieszać do obecnej polityki jako osoba będąca "na świeczniku" - po co się rozmieniać na drobne, szczególnie, że jako prezydent miał notowania, o których żaden z obecnych polityków marzyć nie może.

Jak mówiłem tak się niestety stało. Już pomysł z zawiązaniem LiD był według mnie wybitnie nie trafiony, próba cywilizowania, jak to nazywają SLD, "postkomunistów" ludźmi mającymi duży wkład w budowanie opozycji demokratycznej od początku była skazana na niepowodzenie. Do tego doszły liczne wpadki desygnowanego na premiera Kwaśniewskiego - wiadome było, że to właśnie on będzie najbardziej bacznie obserwowany. Że to jego wystąpienia będą najostrzej krytykowane. Nie - ambicja wygrała, a efekty dla lewicy widzimy gołym okiem. Taka sytuacja niezmiernie ułatwiła - niestety - kampanię PiS i PO. Czy tego chcieliśmy?

Paradoksalnie najlepszym głosem dla lewicy w tych wyborach będzie oddanie głosu na kogoś innego. Przy obecnej sytuacji politycznej widać, że prawdopodobnie żadnej ze zwycięskich partii nie uda się zbudować trwałej koalicji na cztery lata. Prawdopodobnie również czekają nas kolejne wybory - za rok lub dwa. Klęska, czy nawet słaby wynik wyborczy LiD wskaże wszystkim drogę - rezygnacja z Kwaśniewskiego, koniec współpracy z "przeklętymi" z demokratów.pl oraz wskazanie należnego miejsca Markowi Borowskiemu z SdPL. Prawdopodobnie wtedy SLD odzyska utraconą część elektoratu, który nie uznaje wspomnianych za wartych firmowania swoimi głosami. Na przykład mnie.

Czy tak wszystko miało wyglądać?

Ostatnio rozmawiałem ze znajomymi na temat polityki zagranicznej poprzedniego rządu oraz obecnej sytuacji. Owi znajomi byli zatwardziałymi zwolennikami aktualnego kursu w stosunkach z naszymi sąsiadami i innymi państwami, z którymi utrzymujemy relacje dyplomatyczne. Skoro byli zwolennikami PiS to oczywiście bardzo im się podobał sposób w jaki prowadzimy negocjacje - twardo, nieustępliwie i z pozycji silnego państwa. "Nikt nam nie będzie pluł w twarz, jak za Kwaśniewskiego, który wiecznie się uśmiechał i potakiwał na około". "Jesteśmy jednym z największych krajów Unii, trzeba się z nami liczyć!" - takie zdania słyszałem co chwilę.

Jednak nawet i moi znajomi zwolennicy Anny Fotygi bardzo byli zdziwieni incydentem z wysłannikami OBWE, którym delikatnie odmówiono prawa do obserwowania nadchodzących wyborów parlamentarnych. A ja wcale. Wiedziałem, że cała ta nagonka to kolejny przykład "machania szabelką" przez naszych sarmatów w rządzie. Pokrzyczą, pogrożą, a przecież i tak wpuszczą i pozwolą obserwować - tego, podejrzewam, Unia by nam już nie wybaczyła i miarka by się przebrała. Ileż można grać na nerwach nieprzywykłym do tego typu wynaturzeń sąsiadom. Zauważcie drodzy czytelnicy Czarnobiauej, że wszystkie awantury i "stawianie na swoim" uskuteczniane przez Annę Fotygę i jej "sterownika" - prezydenta zasadniczo nie skończyły się niczym konkretnym. To, co chciały przeforsować kraje Unii i tak przepchnięto, a to czym straszyła Polska - okazało się właśnie przysłowiową szabelką.

Czy tak właśnie ma wyglądać nasze "stawianie na swoim"? Pogrozimy, podenerwujemy - a na koniec i tak przyznamy rację? Tylko po to, aby pokazać wyborcom, że "my sobie w twarz nie damy napluć!"? Przychylam się również do stwierdzenia niektórych polityków, którzy twierdzą, że gdyby kilka lat temu rządził PiS to prawdopodobnie do tej pory Polski nie byłoby w Unii Europejskiej.

Autopromocja

Wczorajsza debata, reklamowana jako starcie III z IV RP wypadła bardzo blado. Przypominała nieco kiepski teleturniej tylko, że zamiast Ibisza wystąpił szef TVP - Andrzej Urbański.

Rację mieli Ci, którzy jako jedyny powód zwołania tego "wielkiego show" podawali chęć odsunięcia na boczny tor Donalda Tuska i PO. Każdy z dwójki polityków nie zabłysnął niczym konkretnym: Kwaśniewski był tradycyjnie odprężony, łatwo formułował riposty i nie rozsiewał nadmiernej demagogii, Kaczyński, jako wciąż urzędujący premier, chwalił się "osiągnięciami" rządu, sprawnie operował liczbami i wskaźnikami - nic nowego!

Oczywiście każdy zwolennik obu opcji twierdzi, że zdecydowanie na punkty wygrał ich kandydat - no właśnie. Nikt nie mówi o nokaucie, zdeklasowaniu przeciwnika czy też kompromitacji, najlepiej ilustruje to wczorajszy pojedynek. Obaj rozmówcy powiedzieli to, co mieli powiedzieć, bez specjalnych ataków i personalnych wycieczek, wydaje się, że nie tylko pytania były uzgodnione między sztabami wyborczymi, a również i odpowiedzi.

Nie było mowy o drażliwych tematach, atakowaniu poniżej pasa względnie docinkach pod publiczkę - wszystko starannie wyreżyserowane. Kwaśniewski zmarnował wielką szansę, aby zaskoczyć Kaczyńskiego i wyłamać się z ram, które narzucili mu organizatorzy programu. Były prezydent cały czas zapomina, że nie jest cały czas "byłym preziem", któremu nie wypada być stronniczym i w związku z tym jest... po prostu nijaki - A TO ON miał być lokomotywą kampanii LiD.

W debacie remis, dla lewicy kolejna zmarnowana szansa na promocję.

Jak nie powinno się politykować cz. 4

Czyli nieustającego pouczania aspirujących do władzy lub tą władzę sprawujących, po raz kolejny o byłym prezydencie - Aleksandrze Kwaśniewskim. Otóż tematem drugim tematem (pierwszym są oczywiście nadchodzące wybory) w kolejności cytowania i omawiania jest słynna już wypowiedź Szefa Rady Programowej Lewicy i Demokratów dla Vanity Fair.

I nie chodzi tu o to, czy Kwaśniewski powiedział coś, co mogło obrazić kogokolwiek, nie chodzi tu również o małostkowe prostowanie, że tu przetłumaczyli tak, a nie inaczej. Że przekłamanie nastąpiło w momencie tłumaczenia z angielskiego na niemiecki, a potem z niemieckiego na polski czy też odwrotnie. Nieważne! Ważne (i tego nikt nie zauważył!!!) natomiast jest to, że ktoś, kto stoi na czele jakiegokolwiek ugrupowania szukającego poparcia w masach (chociażby to byli "biznesmeni stojący pod budką z piwem") nie może się wypowiadać w sposób rodzący możliwość podwójnej interpretacji. No nie może i koniec. Zawsze (i w tym przypadku mamy doskonały tego przykład) znajdą się tacy, szczególnie wśród sceptyków i przeciwników, którzy dany fakt przekręcą względnie zinterpretują na niekorzyść oratora i afera gotowa. Szczególnie przykre, że sprawa się "wypsnęła" właśnie Kwaśniewskiemu, który raczej za granicą jest odbierany bardzo pozytywnie i stanowi osobę, z której słowami liczy się wiele ważnych osobistości.

Myślę, że były prezydent od początku powrotu (tego ukrywanego, nie od momentu powrotu na afisz - daję głowę, że pomysł na LiD to jego sprawka) przysparza więcej zamieszania i kłopotów lewicy niż dobrego. Teraz PiS ustami premiera może sobie używać na całym LiD, jako prezentującym "pijaństwo na grobach pomordowanych", "urąganie papieżowi" (słynny występ z Siwcem) itp. itd. To jest dobry pomysł panie Olejniczak, bardzo chętnie natomiast chciałbym zobaczyć Pana, Panie Wojtku startującego z przedostatniego miejsca w Łodzi i Leszka Millera startującego jako ostatni. I wiem, kto tych głosów miałby więcej.

Nie możesz znaleźć wroga - stwórz swojego!

Walka Jarosława Kaczyńskiego z układem prawdopodobnie powoli dobiega końca, 7 września br. Sejm ma głosować za skróceniem obecnej kadencji - istnieje więc szansa, że mityczny układ przetrwał. Ale czy na pewno?

Otóż w zeszły weekend z wielką pompą ogłosili rozbicie groźnej szajki przestępczej, która niechybnie miała na celu manewrowanie Polską na szkodę obywateli, wspólnie i w porozumieniu. Konferencja była profesjonalnie okraszona dowodami w postaci zapisów podsłuchów, video z kamer ochrony oraz przepięknymi animacjami mającymi na celu dokładne przedstawienie, że nie może być w tym całym ambarasie żadnych pomyłek. Układ rozpoznany, rozbity, udowodniony!

W tym sęk, że wszyscy członkowie tegoż Układu doszli na świecznik dzięki tym, którzy ich w poprzednim tygodniu zatrzymali i pokazowo, na łamach wszystkich gazet i antenach wszelakich telewizji przesłuchiwali. Jak to powiedział Ryszard Kalisz:

PiS nie mógł przez dwa lata odnaleźć i zdemaskować mitycznego Układu więc postanowił go samemu stworzyć, później zdemaskować i ujawnić opinii publicznej.

Nic tak nie raduje tłumu, jak wyniki. Brak wyników - trzeba je poprawić, nawet kosztem tej bardziej rozumnej części społeczeństwa, która zwijała się ze śmiechu obserwując ową hucpę.

Cały ten cyrk przypomina mi od razu policjantów, którzy mają miesięczny "limit" spisań obywateli, którzy coś tam sobie przeskrobali. Czy jest spokojnie czy nie - ilość "spisanych" delikwentów ma być nie mniejszy niż, powiedzmy, 20 nazwisk. Jeśli jest ich mniej co robią dzielni stróżowie prawa? Przepisują z notesów kolegów nazwiska złapanych na niegodziwych czynach - tak, aby osiągnąć plan minimum. Prawda, że widać analogię?

Tylko czy, po raz kolejny zadam to pytanie, tak miała wyglądać odnowa moralna IV Rzeczpospolitej? Czy to są te zasady, które obowiązują?

Przegrani są w tym bałaganie wszyscy. PiS - bo żeby udowodnić, że Układ istnieje musi kogoś pokazać i złapać. Samoobrona i LPR - bo uwierzyli bezspornie w opowiadania Kaczmarka i jeszcze go desygnowali na premiera. SLD i Platforma bo wysuwali pod publiczkę żądania niemożliwe do spełnienia przy obecnym stosunku sił. PSL bo nie potrafiło się wyraźnie odciąć od tej sprawy i pokazać, że można stać z boku i nie mieszać się do z daleka cuchnącej sprawy.

Najbardziej przegrał naród, przegrał 2 lata.

Jak nie powinno się politykować cz. 3

Ileż to dobrego robi dla lewicy Aleksander Kwaśniewski... Każda kolejna jego wypowiedź wzbudza w lewicowym elektoracie albo złość z zażenowaniem, albo ironiczny uśmieszek. Po tym, jak objął "patronatem" koalicję LiD (czyli lewicy z dawno zmarginalizowaną Unią Wolności, dla niepoznaki przemalowaną na nowoczesne barwy - demokraci dot pe-el) zajął się rządzeniem, kto będzie startował, a kto nie przy czym przebił zuchwałością nawet Olejniczaka, który 2 lata temu wielkodusznie udzielił zgody Leszkowi Millerowi na start w wyborach... do Senatu.

Tym razem byłemu prezydentowi udało mu się coś, co powinno go na zawsze skreślić z horyzontu lewicy - w wypowiedzi, którą przytoczyły chyba wszystkie media stwierdził, że w następnych wyborach prezydenckich jest gotów poprzeć kandydaturę Donalda Tuska! Tego samego Tuska, który w każdej wypowiedzi odżegnuje się od jakichkolwiek kontaktów z lewicą, a jego partyjny kolega Rokita z chęcią by powywieszał na okolicznych słupach większość posłów z SLD - w imię znanej nam już walki z "komuną". Pan Kwaśniewski chyba zapomniał, że stając na czele Komitetu Wyborczego LiD przestał być raptem byłym prezydentem, a stał się automatycznie rzecznikiem m.in. polskiej lewicy parlamentarnej, jednego z największych polskich ugrupowań politycznych. A tu proszę, ot tak deklarujemy sobie poparcie dla nomen omen prawdopodobnie największego konkurenta.

Kolejna sprawa to zręczne wymanewrowanie Sojuszu przez PiS i jego psa łańcuchowego - ABW. Dzięki zatrzymaniu Kaczmarka i Kornatowskiego Sojuszowi nagle odechciało się powoływania komisji śledczych ponieważ niespecjalnie miałby kto zeznawać - nie wierzę bowiem, że prokuratorzy zatrzymywali ludzi po to, aby ich później "wypożyczać" do sejmu.

Nie napiszę nic o tym, jak to SLD złożyło propozycję Tuskowi na temat konstruktywnego wotum nieufności - wyglądało to tak, jakby mniej więcej gospodarz bez krowy zaproponował drugiemu chłopu, który ma tych krów 10 - wspólne prowadzenie wytwórni mleka, ja daję pomysł i jak się uda to biorę 50% zysków i glorię genialnego pomysłodawcy, a jak się nie uda to ty tracisz krowy i oborę, które zastawimy pod kredyt na rozkręcenie interesu. Szkoda słów.

Poprzednie odcinki "Jak nie powinno się politykować:

Mam nadzieję, że wcześniejsze odcinki zbytnio się nie zdezaktualizowały.

August 9th

Rozświetlony pokój w reprezentacyjnym budynku władzy. Trzy osoby przy okrągłym stoliku.

- No dobra Michał, skocz przełączyć światełka na pół gałki bo pismaków już wyprowadzili - powiedział Gospodarz.
- Już!
- Więc tak Donald, sytuacja jest prosta: wybory jesienią, żadnych komisji i wygłupów. Żeby ładnie wyglądało pokrzycz sobie tam przez Bronka czy innego diabła, że my to tacy - owacy. Możesz popierać sobie to co Andrzej (tfu!) i Koniu wymyślą i tak wiesz, gdzie mogą nam skoczyć...
- Tam gdzie mogą pana Szefa pocałować w... - chciał szybko dopowiedzieć notujący Michał i natychmiast zmierzył się z potężnym spojrzeniem Gospodarza.
- No, mniej więcej... A wracając... Rozumiem, że Jarek, Antek i Gosiu coś tam mają dla siebie znaleźć - a raczej Ty im znajdziesz. W końcu będziecie rządzić. Rozumiesz, taka no - gruba krecha.
- Zgoda Lechu, niech tak będzie - powiedział Donald już widząc siebie trzymającego władzę ze stołka premiera.
- "A Bronek będzie marszałkiem - lewaki nas poprą..." - pomyślał.
- No to skoro tak, to ja jeszcze sprawdzę "czy rowery stoją", a gruby skoczy po coś do przepłukania - powiedział Gospodarz kierując się do drzwi - przecież nie może być tak, że w 5 minut załatwiliśmy najważniejszą dla kraju sprawę - dodał.

Po wyjściu z sali Gospodarz podszedł do telefonu, nacisnął przycisk i wyrecytował krótko do słuchawki:
- Brat? Łyknął jak pelikan. Mamy z rok, dwa spokoju. Teraz Twoja kolej, porób trochę boruty w Sejmie, niech to wygląda naturalne. Melduję wykonanie zadania, panie prezesie - uśmiechnął się odkładając słuchawkę z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku.

Gdy wrócił do sali zobaczył na stole butelkę wina i trzy kieliszki.
- Wino? Misiek! Po czterech godzinach picia wina uśniemy albo nas wykręci. Każ borowikom przejrzeć barek - po Kwachu powinno coś zostać, a jak nie to mają skoczyć po czystą.

Interes ponad wszystko.

Marny bo marny, ale zyskownych jeszcze Wolsce za czasów Kaczyńskich jeszcze nie udało się sfinalizować, ciągle tylko dajemy nieotrzymując nic w zamian - tu oczywiście piję do "wizyt" w Afganistanie i Iraku.

Tymczasem, kiedy nadarzyła się okazja żeby naprawdę pomóc i to w dodatku, w kraju, który Polacy odwiedzają często i chętnie (nie wspomnę, że Grecja jest również członkiem - tak jak my - Unii Europejskiej) to prezydent przesłał wyrazy współczucia i zapewnienia o modlitwie. Modlitwa zapewne będzie o deszcz ponieważ w tym nasi posłowi, a okazuje się, że również i najważniejsza osoba w Państwie, są najlepsi.

Pomoc płonącej Grecji zapowiedziały m.in. Francja, Włochy, Słowenia, Serbia, Izrael, Cypr, Hiszpania, Rumunia, Belgia, Niemcy, Norwegia, Austria. My się będziemy modlić i składać kondolencje. Brawo panie prezydencie!

Kampanijnie

Jak widać w niektórych telewizjach PiS rozpoczęło już kampanię wyborczą (tak naprawdę to pierwszym jej akcentem była według mnie defilada za ciężkie pieniądze podatnika), w której usilnie stara się przekonać naród, że tak naprawdę to wszystko jest w porządku, na dobrej drodze i tylko trzeba jeszcze chwilkę poczekać, a będzie raj.

Do kampanii przymierza się też LiD, w szczególności w osobie nowego szefa Komitetu Wyborczego tegoż ugrupowania - Aleksandra Kwaśniewskiego. Warto również dodać, że największym zwolennikiem LiD samego w sobie, a kto wie czy nawet nie pomysłodawcą był były prezydent we własnej osobie. Jak na razie miast zaprezentować chociażby podwaliny programu wyborczego (wiemy bowiem, że nad nim się pracuje) szef Komitetu Wyborczego LiD woli mówić kogo na listach na pewno nie zobaczymy:

"Ci, którzy aktywnie tworzyli lewicę po 1989 roku, powinni pomóc, ale nie pojawiać na listach wyborczych. To bym Leszkowi Millerowi sugerował"

Tego można się było spodziewać, obaj panowie raczej nigdy za sobą nie przepadali. Natomiast jeśli chodzi o Józefa Oleksego to również nie będzie niespodzianki:

"Ta karta polityczna jest zamknięta".

Kwaśniewski sugeruje, że lewicę aktualnie powinni tworzyć i reprezentować młodzi - niestety jak "się rządzą" młodzi widzimy w tej chwili. Tak mało wyrazistych liderów SLD nie miało nigdy, niestety nic dobrego w następnej kadencji to nie wróży. Tak, jak "starzy", którzy "budowali lewicę po 1989 roku" w osobach Millera, Oleksego i Janika są niewygodni dla b. prezydenta to już mecenas Jan Widacki, Waldemar Dubaniowski i inni związani z nim - absolutnie. Według mnie p. Miller jest osobą, która ma znacznie większe zasługi dla Polski i lewicy od (nie umniejszając) Jana Widackiego, względnie zdecydowanej większości "twarzy", które z pewnością pojawią się na listach LiD. Do niczego dobrego to nie prowadzi.

Wojciech Olejniczak i Grzegorz Napieralski nie są osobami, które poprowadzą SLD do zwycięstwa wyborczego, a mariaż z dysponującymi marginalnym poparciem demokratami.pl elektoratu lewicy raczej nie przysporzy - może być wręcz przeciwnie. Należy więc zadać zasadnicze pytanie - czy Aleksander Kwaśniewski jest potrzebny SLD i lewicy?

PS. Panie premierze, pan się nie boi - dwie trzecie lewicy za panem stoi!

Gaśnica

Nowy minister edukacji jeszcze dobrze nie zaczął piastować swojego urzędu, a już musiał zostać sprowadzony na ziemię przez premiera. Chodziło oczywiście o "niefortunną" wypowiedź dotyczącą religii wliczanej do średniej ocen na świadectwach szkolnych:

Nie jestem entuzjastą pomysłu, żeby religia była liczona do średniej ocen.

Ostatnio podejrzanie cichy w sprawach politycznych Kościół (widać do tej pory skutecznie obłaskawiany przez obecną władzę) wybuchnął w bardzo mocnych słowach "za pomocą" abpa Sławoja Leszka Głódzia, który raczył pogrozić MINISTROWI laickiego (teoretycznie) państwa:

Jeżeli minister Legutko chce konfliktu i dysharmonii społecznej, to będzie ją miał. Zapowiedź zniesienia religii z listy przedmiotów wliczanych do średniej, bez konsultacji z Kościołem, uważam za arogancję.

Dramat! Jak dla mnie to powyższa wypowiedź jest swoistym wezwaniem do buntu, a co do arogancji to nie wie kto w tym wypadku jest większym arogantem - minister czy przypadkiem arcybiskup. W każdym innym, rządzonym przez przestrzegających słów konstytucji, państwie taka wypowiedź byłaby uznana, jako co najmniej niestosowna i powinna zostać odpowiednio oceniona. Tymczasem jedną wypowiedzią Ryszard Legutko został sprowadzony do poziomu ziemi zarówno przez arcybiskupa, jak i premiera, który pozwolił sobie zmienić decyzję ministra, co pokazało dobitnie ile do powiedzenia w tym rządzie ma minister. Ja bym zrezygnował.

Najważniejsze jest to, że akurat Kościół doskonale orientuje się w bieżącej sytuacji politycznej w Wolsce i wie, że po ostatnich spięciach na linii prezydent, premier vs Tadeusz Rydzyk Kaczyńscy nie mogą sobie pozwolić na widmo dalszej krytyki ich, jako ludzi przy władzy przez "katolików". Za dużo to będzie kosztowało i lepiej "uciszyć" ministra niż pogodzić się z utratą sporej ilości głosów, które z pewnością przejęłyby LPR, Prawica RP czy nawet Platforma. Zresztą na sprzeczki z KK nie idzie nawet, co uważam za bulwersujące, SLD, które "zaledwie" skieruje sprawę do Trybunału Konstytucyjnego, aby ten "zbadał zgodność ustawy z najwyższym prawem" i to bez żadnego komentarza dla narodu. Widać przed potencjalnymi wyborami każdy z polityków stara się BARDZO ważyć słowa, za bardzo.

Nie do wiary!

Atmosfera wokół byłego już ministra SWiA coraz bardziej gęstnieje. Nagle, tuż po jego odwołaniu zaczęły pojawiać się informacje o jego przywarach, a to, że wprowadził premiera w błąd, a to że chronił i działał w interesie "potężnego UKŁADU biznesowego", względnie że - i to prawdopodobnie w IV RP najpoważniejszy zarzut - zataił swoją przynależność do PZPR.

Nie uwierzę za żadne skarby w to, że premier, dysponujący potężnym (i coraz bardziej rosnącym w siłę) aparatem śledczym, osoba która może sprawdzić kiedy i do jakiego dentysty chodzi dowolny obywatel RP nie wiedział o fakcie przynależności Kaczmarka do Partii. Po prostu widać, że wcześniej mu to nie przeszkadzało, a obecnie każda informacja mogąca zdyskredytować byłego ministra jest dla premiera usprawiedliwieniem niezwłocznego pozbawienia teki niewygodnej osoby. Dosyć niekorzystnie bowiem wygląda sytuacja, kiedy to jedno z najbardziej wpływowych ministerstw w kraju powierza się "niesprawdzonej" osobie o wątpliwej, jak się później okazało, osobie.

A informację LiS, że Kaczmarek jest kandydatem tego "ugrupowania" na premiera możemy spokojnie potraktować w kategoriach political fiction klasy C.

Mistrz powraca

Mistrzyni nietaktu i modelowy przykład sterowania z tylnego krzesła powróciła - i to w wielkim stylu. O kogo chodzi? Oczywiście o naszą minister spraw zagranicznych Annę Fotygę. Co było tym wielkim stylem - otóż wypowiedź w wywiadzie dla International Herald Tribune, w którym Anna Fotyga stwierdziła, że:

Wobec bliskich więzi między naszymi historycznymi wrogami, Moskwą i Berlinem, Polska musi bronić swoich interesów.

Jak dla mojego maluczkiego umysłu takie wynurzenie jest całkiem sporym skandalem i jeszcze bardziej pogrąży nas w izolacji dyplomatycznej w, bądź co bądź, stosunkach z naszymi sąsiadami. Język histerii, którym przemawia pani minister w każdym cywilizowanym kraju i wśród polityków, którzy powinni znać umiar w swoich wypowiedziach, szybko byłby spenalizowany, a autor takich wywodów skończyłby swoją karierę "na salonach" jeszcze szybciej niż ją zaczął. Dziwnie bowiem wygląda kraj, który za pomocą swoich notabli wypomina zamierzchłe czasy - brakuje jeszcze aby zażądać reparacji za straty poniesione przez Krzyżacką okupację, potop szwedzki i najazdy Tatarów.

Cały wywiad, w moich oczach, wygląda jak kolejny wątek rozpoczynającej się właśnie kampanii wyborczej - PiS zaczyna przedstawiać się jako jedyna siła, która może obronić naród przed zakusami wrogich mocarstw, które z pewnością chcą odebrać Polakom, to co się im należy - a może nawet historyczni najeźdźcy i oprawcy będą domagać się rewizji granic?

Dobrze, że (prawdopodobnie) już tylko kilka miesięcy...

W Układ układem?

Całkiem niedawno, jakby nam było mało intryg, miało miejsce spotkanie pierwszego najsprawiedliwszego z niesprawiedliwych z pierwszym sprawiedliwym w państwie sprawiedliwości. Obaj sprawiedliwi doszli do sprawiedliwego porozumienia, że najsprawiedliwsze będzie ogłosić nowe wybory, tak aby można było szybko powołać nowy, sprawiedliwy rząd.

Jak ćwierkają wróbelki zamieszkujące wokół Belwederu układ był prosty - "sprawiedliwi teraz" zgodzą się na, jak to pięknie ujęto "plebiscyt", a następni sprawiedliwi zapomną o pomysłach na konstruktywne wotum nieufności tudzież komisję śledczą d/s CBA. Nie wiem jak innym publicystom, ale mi szczególnie rzuciła się w oczy pazerność na wygraną w wyborach i rządzeniu krajem u Donalda Tuska. Myślę, że prezydent zażądał zbyt mało bowiem podgrzewany bardzo korzystnymi wynikami wszelakich sondaży szef Platformy zgodziłby się nawet na beatyfikację Andrzeja Leppera. Skąd my znamy to żądzę?

Po raz kolejny bracia Kaczyńscy po mistrzowsku rozwiązali dosyć trudną sytuację - z jednej strony niemal wszystkie siły w Sejmie chciały dopiec PiSowi przy okazji obrad komisji d/s nieprawidłowości i nieetyczności w działaniach CBA, a z drugie na horyzoncie rysowała się bardzo wyraźnie powyborcza koalicja POLiD. Jednym zaproszeniem, jednej osoby upieczono dwie pieczenie w jednej mikrofalówce (pieczenie na ogniu jest aktualnie passe). Tusk poczuł się Bardzo Ważną Osobą, a LiD na jakiś czas przeszła ochota na romanse z kimś, kto po usłyszeniu obietnicy lizaka odwraca się od reszty piaskownicy, za przeproszeniem, plecami ponieważ chce w samotności skosztować smakołyku.

Z drugiej strony Tusk jeśli, mimo obietnicy danej prezydentowi, jednak milcząco przyzwoli na powstanie KŚ d/s CBA okaże się wyłudzaczem, osobą nie wartą jakichkolwiek porozumień oraz obdarzenia zaufaniem. Czy z kimś takim można się dogadać? Lepiej przeczekać niż godzić się na rolę przystawki, mniejszego brata, na którego zawsze można zwalić odpowiedzialność ("a bo oni nam nie pozwalali"). W tej chwili lewicy parlamentarnej absolutnie na to nie stać!

Spektakularna klęska

Nie tak miała wyglądać IV RP. Miała to być kraina mlekiem i miodem płynąca, wolna od korupcji i układu. Od wyplenienia tych ostatnich Jarosław Kaczyński rozpoczął budowę wspomnianej nowej rzeczywistości.

Wyplenianie układu, którego tak naprawdę do tej pory nie udało się zidentyfikować premierowi, jak i nikomu innemu nie wyszło zupełnie - a może w ogóle nie miało wyjść, na kogo wtedy zrzucane miałyby być niepowodzenia? W każdym razie kolejnym etapem była korupcja - do zwalczania tejże powołano nawet specjalny urząd, który co prawda niespecjalnie radził sobie z powszechną wśród obywateli korupcją, ale za to po mistrzowsku realizował polecenia płynące z samej góry nakazujące szukanie "haków" na co ważniejsze osoby w Polsce. Korupcja, jak to nazwałem - powszechna, nie wystarczała - trzeba było sprokurować własną, lepszą i na wiele wyższym szczeblu niż zwykłe "danie w łapę" lekarzowi względnie przysłowiowemu "cieciowi". Jak się ta akcja skończyła - wszyscy wiedzą, dramatem, jakiego nikt do tej pory nie widział.

W tak zwanym między czasie mieliśmy festiwal intryg, knowań, wachlowanie stołkami, osobami, a także manipulację gawiedzią (czyt. opinią publiczną sprowadzoną, czyli widzianą przez aparat, do roli tych, którym cały czas trzeba tłumaczyć, że tak naprawdę to jest w porządku) w przyziemnej formie typu "ZOMO", "Tu jest Polska" itp.

Końcowy etap IV RP właśnie następuje w tej chwili na naszych oczach, wspomniany układ, korupcja i intrygi nie wystarczają. Teraz krąg podejrzanych o knucie wokół braci zacieśnia się. Z firmamentu znikają kolejne osoby blisko związane z zapleczem politycznym Kaczyńskich. Marcinkiewicz odpadł pierwszy - był za popularny, Dorn ośmielił się sprzeciwić, Jurek miał odmienne zdanie, a Kaczmarek "wprowadził w błąd". Kiedy spadnie Ziobro i Gosiewski, a zostanie tylko dwóch?

A może to wszystko miało właśnie tak wyglądać?

Kłopociki

Aktualną sytuację w obozie rządzącym (według mnie bardzo dobre określenie - obóz - zrobisz coś nie tak, jak kapo nakazuje - giniesz) można porównać do popularnego określenia "czeski film" - nikt nic nie wie. Niby Samoobrona i LPR (aka LiS) są w koalicji z PiS, co implikowałoby jedno zdanie i poglądy "na zewnątrz", a jednak obie te partie ostro atakują na całej linii frontu największego koalicjanta. Andrzej Lepper, jako (jeszcze) szef Samoobrony całkiem niedawno pokazał, jak należy opuścić koalicję i jednocześnie w niej pozostać, a LPR nieśmiało prosi PiS o przywrócenie Daniela Pawłowca na jego poprzednie stanowisko, choć sama nie wierzy w sukces, a nawet jakąkolwiek odpowiedź na swoje błagania (rzecznik PiS skwitował, pewnie nieoficjalnie, te błagania jako - uwaga - głupie!).

Odwołanie Pawłowca i wybór ze swoich szeregów Mojzesowicza na szefa resortu rolnictwa było zabiegiem testującym koalicjantów - czy już są tak słabi, że raptem krzykną i umilkną, czy może będą machać szabelką w powietrze, względnie spuszczą nosy po sobie i przejdą do porządku dziennego. Opuszczenia koalicji ten test nie przewidywał ponieważ "przystawki" w tej chwili są tak słabe, jak nie były nigdy dotąd - i co się stało? Nic, bo nic się stać nie mogło.

Zachowanie się PiS i koalicjantów obecnie przypomina farsę. Nikt się nie zajmuje Polską, na tapecie od dłuższego czasu (niemalże od początku rządów) są rozgrywki personalne, prywatne wojenki i przepychanki. Wielkim sukcesem i jedynym ratunkiem dla PiS jest to, że akurat ta kadencja przypadła na wielki wzrost gospodarczy (który oczywiście bracia przypisują sobie, a nie poprzedniej ekipie), dzięki któremu jakoś można bronić twarzy - w szczególności wśród mniej rozumiejącego elektoratu - i mydlić oczy, że będzie jeszcze lepiej. Będzie lepiej jeśli skończycie mości panowie, oszczędzicie dalszego wstydu.

Obowiązkowo, w ramach parafialnych ogłoszeń, dodam, że okres urlopowy dla czarnobiauej już się (niestety) zakończył i wracamy do aktywnego komentowania niezbyt kolorowej rzeczywistości, a jako superbonus w imieniu ekipy lewicowego.joggera.pl i siebie zapraszam do nowego joggerowego saloniku politycznego, w którym będzie można spotkać między innymi i moje teksty.