Zimowa ofensywa

Kiedyś przebywał bez przerwy na nośnikach wszelkich mediów, nieważne czy to był papier, kineskop czy ekran monitora, a niektórzy spotykali go podobno nawet w lodówce (nie mówiąc o konserwach). Od dłuższego czasu pojawia się tylko zrywami, ale mocno akcentując swoją obecność. Natomiast od kilku ostatnich dni widzimy jego postać tak, ja za dawnych czasów - o kim mowa?

Oczywiście chodzi o byłego premiera - Kazimierza Marcinkiewicza. Człowiek, który został najbardziej niespodziewanym premierem (niektórzy twierdzą nawet, że został wyciągnięty z kapelusza) powraca, niekoniecznie w chwale. Widać, że odosobnienie w deszczowym Londynie nie wpływa pozytywnie na osobę niegdyś najpopularniejszego polityka. Metodę na swój powrót wybrał bowiem zgoła niefortunną - nie będę pisał o co chodzi, albowiem sprawa jest obszernie komentowana przez taką samą ilość mediów, jaka wyniosła kilka lat temu pana premiera na szczyty popularności. W skrócie napiszę, że Marcinkiewicz strzelił sobie w stopę i to z wielkiego rewolweru (wydaje mi się, że to był taki olbrzym, którego używał niezapomniany Brudny Harry).

Oczywiście powrót nie jest przypadkowy, wszyscy wiedzą, że Marcinkiewiczowi w Londynie się nudzi i (mimo, że zarabia podobno nieźle) chętnie wróciłby do swojskiego bagienka, do uwielbiających go polskich wyborców i... No właśnie, karmieni jesteśmy od kilku dni informacjami, jaki to ten Kazio jest popularny. Wyborcza nawet opublikowała wyniki sondażu, według którego Marcinkiewicz byłby najlepszym premierem wtedy, kiedy to obecny zajmie miejsce Lecha Kaczyńskiego. Z pewnością mile takie rezultaty łechcą próżność "Londyńczyka". Ale chwila, moment.

Mało kto zauważył, że Kazimierz Marcinkiewcz jest świetny, ale tylko wtedy kiedy już ma jakieś stanowisko. Kiedy trzeba go wybierać to jakoś nie potrafi wygrać. Największą plamą w jego politycznej karierze była bowiem sromotna porażka w batalii o fotel prezydenta Warszawy. Jak bowiem inaczej nazwać przegraną uwielbianego przez masy, pięknego Kazimierza z Hanną Gronkiewicz-Waltz, która ani nie jest uwielbiana ani... (tu powstrzymam się od oceny urody p. prezydent). Czy zatem PO słusznie robi rezerwując podobno "jedynkę" w Warszawie na liście do Europarlamentu, czyżby zapomniała już o "cieniasach" i innych uszczypliwych uwagach Marcinkiewicza? Ładna (podobno) buzia to nie wszystko.

Na marginesie chciałbym polecić, jako lekturę na weekend, nowowydany - szósty numer Przeglądu Socjalistycznego. Tym razem dominuje tematyka historyczna, szczególne pragnę zwrócić na doskonały artykuł Andrzeja Ziemskiego pt. "Socjaliści wczoraj, dziś i jutro".

Nieszczęścia chodzą parami

Tak. To już chyba pewne - powstanie kolejna komisja śledcza, tym razem do spraw zbadania okoliczności zabójstwa Krzysztofa Olewnika. W skrócie - stacje żyjące z newsów, całodobowych transmisji (z powtórkami) z wszelakich obrad już zacierają ręce, albowiem będzie czym wypełniać ramówkę. Posłowie mający parcie na szkło już prasują garnitury i lobbują u szefów klubów parlamentarnych o wpisanie na listę kandydatów, a media zasypują nas informacjami o giełdzie nazwisk tych, którzy to mają największe szanse na powołanie do tejże.

Zastanawia jedynie fakt po co ma działać ta komisja, w szczególności że równolegle na tym polu działa prokuratura? Poseł będzie lepszy? Jest niemal pewne, że komisja będzie składać się wyłącznie z polityków z krwi i kości, a nie specjalistów w rozwiązywaniu tego typu spraw - czy chodzi o to, żeby pokazać, że "się bierze i pracuje"?

Wątpię - chodzi o to, aby się pokazać, poprowadzić małą wojenkę z przeciwnikami z innej partii, wyrazić swoje zdanie i... przejść do porządku dziennego. A meritum? Czy to takie ważne? Nie. Chociażby dlatego, że na tzw. sprawie Olewnika pośliznął się (były) minister Ćwiąkalski, odwołany z powodu znanego chyba li jedynie premierowi - wszyscy bowiem wiedzą, że ministerski związek z powieszeniem się jakiegoś tam bandziora jest mniej więcej taki, jak czarnobiauej z baletem - czyli minimalny i ledwie dostrzegalny ;)

Idąc tym tropem Grzegorz Schetyna powinien zostać odwołany za każdy błąd popełniany przez Policję (a byłoby z czego wybierać), Mirosław Drzewiecki za marne wyniki polskich sportowców (np. brak awansu Wisły Kraków do tegorocznej Ligi Mistrzów) itp. - wymieniać można w nieskończoność. A kim został zastąpiony minister fachowiec, doktor habilitowany nauk prawnych? Politykiem. Nie musi się znać - ale za to będzie umiał się zachować!

Przykładność i grzeczna fryzura na boczek

Media ostatnio (ostatnio = od ostatnich wyborów) zajmują się przypadkiem posła Janusza Palikota, który - jak mówią i piszą - przekracza wszelkie granice dobrego smaku. Pochylmy się więc nad tym i podobnymi przypadkami.

Według ogólnie pojętych ram przyzwoitości parlamentarzysta powinien być grzeczny, przykładny i ładnie się prezentować (jest nawet pojęcie "język nieparlamentarny") albowiem jest przedstawicielem społeczeństwa, które go wybrało na pełnienie tego odpowiedzialnego stanowiska. Ideałem dla większości, w szczególności tej nieco starszej części, byłby z pewnością Krzysztof Ibisz, który zresztą kiedyś był posłem - wiem, że ciężko w to uwierzyć :)

Tylko teraz powstaje problem - czy taki piękne, przystojne, elokwentne i wyidealizowane indywiduum (przepraszam z góry jeśli ktoś się poczuł urażony takim epitetem) jest w pełni tym, czego oczekujemy po reprezentancie ludu? Czy taka osoba jest wiarygodna i spełnia nasze oczekiwania? Wiadomo, że każdemu - nawet księdzu - zdarza się przekląć, wyrazić niepochlebną opinię czy też zwyczajnie oczerniać przeciwnika - bo tak.

Osobiście wolę, kiedy osoba mówi bez ogródek to, co myśli, a nie ubiera swoje myśli w wyidealizowane wypowiedzi - bo przecież posłowi nie wypada. Otóż nie - według mnie wypada, jak mało komu! Jakież to się larum podniosło, kiedy "niechcący" wyciekły tzw. "Taśmy Gudzowatego", gdzie były Premier i Marszałek Oleksy nie przebierając w słowach opowiadał m.in. o swoich partyjnych kolegach. Cham i prostak - takie opinie przewijały się w komentarzach wszystkich, a w szczególności tych, których te wynurzenia dotyczyły. Czy naprawdę te osoby są takimi skończonymi hipokrytami, że wierzą iż sami takich rzeczy nie opowiadają? By-zy-dura!

Opowiadają i kto wie, czy nie więcej i mocniej - tylko, że jeszcze się nie wydało. Ot cała prawda. I tu możemy wrócić do posła Palikota, który specjalnie nie ma hamulców aby opowiadać to, jak on widzi polską politykę. Otóż daję sobie uciąć dowolną część ciała, że podobne poglądy, czy może raczej podobny sposób postrzegania rzeczywistości ma zdecydowana większość naszych parlamentarzystów - tylko po prostu tego nie uzewnętrzniają. Czy to dobrze? Z pewnością dla ich wizerunku tak, ale jak się czują, kiedy mówią jedno, a myślą co innego?

Czy taki, nie wybierając specjalnie, marszałek Jerzy "Buc Nadęty" Szmajdziński powinien się czuć szczególnie dotknięty, wręcz oburzony kiedy sam pewnie nie przebierając w słowach, w chwilach słabości (?) wyrzuca podobne epitety w stronę innych polityków? Koronnym przykładem zdaje się być również Najważniejsza Osoba w Państwie czyli Prezydent Kaczyński określając dziennikarkę jako "małpę w czerwonym". Po krótkiej ofensywie w mediach sprawa przycichła i nadal Prezydenta widzi się jako wielkiego dżentelmena całującego rąsie i wręczającego kosze kwiatów w kierunki płci pięknej.

Dlatego - parafrazując sławny już (czy mogę użyć słowa "kultowy"?) napis na koszulce - Jestem z Palikotem! Więcej śmiałości, mniej hipokryzji i zakłamania.

Wielkie zwycięstwo prezydenta

Nagłówki gazet jeszcze długo przed szczytem UE trąbiły o kompromitacji, piaskownicy i zabawkach premiera oraz prezydenta, tymczasem czarnobiaua czekała na rozwój sytuacji...

Premier mówił, że "prezydent mu niepotrzebny", minister SZ błagał na kolanach, a Lech Kaczyński twardo obstawał przy swoim uczestnictwie mimo tego, że Kancelaria Premiera odmówiła przyznania mu samolotu. Donald Tusk ostrzegał o prawdopodobnej kolizji stanowisk w wielu sprawach i działaniu na szkodę polskiej polityki, wręcz o skandalu. A co się stało? NIC!

Nie było kłótni, prezydent ustąpił miejsca ministrowi Rostowskiemu, kiedy był on niezbędny przy dyskusji o finansach - jednym słowem nasz premier wyszedł na... Na pieniacza, tak - na snującego spiskowe teorie pieniacza, który na wszelki wypadek starał się zablokować wizytę polityka (głowy państwa!), którego nie lubi i z którym się nie zgadza w niemal każdej (również na wszelki wypadek) kwestii.

Oczywiście nie ma wątpliwości, że taki scenariusz został uknuty przez dbających o PR i ogólny wizerunek prezydenta specjalistów. Nie ma również wątpliwości, że cała ta sytuacja nie wpłynęła pozytywnie na postrzeganie Polski na międzynarodowym forum, jak również na opinie o możliwości współpracy ponad podziałami w sprawach dotyczących nas wszystkich.

Konkludując chodzi o to, kto w oczach opinii publicznej będzie twardym i konsekwentnym szeryfem, jak również o to, kto potrafi zachować zimną krew do końca starcia. Pojedynek ten wygrał Lech Kaczyński i to nie na punkty, ale przez nokaut. Nie sprawdziła się bowiem żadna ze spiskowych teorii premiera, prezydent nic nie popsuł, nie sprzeczał się z premierem, wzbudzał zdziwienie faktem, że musiał wychodzić z posiedzenia aby skonsultować się z niewpuszczonymi doradcami. A premier? I tak zrobił, co do niego należało, a dał się ściągnąć do dyskusji i przepychanek na poziomie wspomnianej na początku piaskownicy. Jak dziecko.

Sprawa nie do rozwiązania

Pierwsze strony gazet i portali internetowych (nie tylko sportowych) zajmuje ostatnimi dniami II Krucjata w Celu Przywrócenia Normalności Piłce Nożnej (II KwCPNPN) w której w roli Wodza Naczelnego występuje Minister Mirosław Drzewiecki. Krucjata ma (w teorii) przywrócić normalność w Polskim Związku Piłki Nożnej i wyprowadzić na prostą całą naszą skopaną targaną wewnętrznymi nieprawidłowościami oraz złem wszelakim.

Mało kto zauważył, że sposób "zaprowadzania porządku" delikatnie przypomina raczej rosyjskie metody, gdzie jeśli wybrane przedsiębiorstwo nie spełniało "norm" uznanych za prawidłowe nasyłało się "niezależne kontrole", które wykazywały co miały wykazać, a właściciele tychże firm najczęściej lądowali w więzieniach.

Różnica jest taka, że prezes Listkiewicz w więzieniu raczej nie wyląduje (w każdym razie nieprędko), kontrolę zastępuje kurator, a w rolę Putina wcielił się Minister Drzewiecki. Wspomniany Minister (prawnik!) niewiele, jak widać w relacjach mediów, robi sobie z tego, że według obowiązującego prawa PZPN jest stowarzyszeniem, a nie jednostką budżetową w ramach Ministerstwa Sportu i Turystyki - czyli nie pozostaje w jego jurysdykcji. Niewiele robi sobie również z faktu, że jeszcze nie zdarzyło się (również za czasów I Krucjaty pod wodzą Jacka Dębskiego) aby UEFA i FIFA pozwoliły sobie na takie traktowanie de facto swoich członków - zazwyczaj reakcją jest natychmiastowe wykluczenie wszystkich drużyn z rozgrywek rozgrywanych pod egidą Europejskiej i Światowej Organizacji Piłkarskiej, czyli mówiąc prosto i jasno: z pucharów, El. ME i MŚ. I tu Platini wraz z Blatterem mają racje - żaden polityk nie będzie mieszał się, według swojego (?) widzimisię w sprawy, które tak naprawdę nie są w jego gestii.

Nikt tu nie uważa, że w PZPN jest dobrze, nikt również nawet nie myśli, że prędko będzie lepiej za Listkiewicza, Bońka czy innego Kręciny - ale od oceny tego czy tam się dzieje źle, czy obowiązują zasady mafijne i przestępcze są sądy i prokuratury, a nie wyznaczony odgórnie kurator z nadania Ministra. Jeśli tenże (podparty PKOl) uważa, że dzieje się źle, zarząd PZPN działa nielegalnie, zbrodniczo oraz, że Listkiewicz zjada dzieci i czci szatana - niech złoży zawiadomienie w prokuraturze. Ta po przeprowadzeniu śledztwa za pomocą niezawisłego sądu skaże kogo trzeba, nakaże ew. zwrot dotacji z budżetu i wymusi za pomocą wyroku przestrzeganie statutu.

Mając taki wyrok w ręku można startować do FIFA i UEFA - gwarantuję, że wobec takich dowodów Blatter ani Platini żadnego ultimatum stawiać nie będą, a reprezentacyjni piłkarze nie będą w strachu oczekiwać kolejnych meczy eliminacji MŚ, a jedyni klubowicze, którzy grają (jeszcze) w Pucharze UEFA będą mogli się skupić jedynie na tym, jak pokonać przeciwnika.

Krucjata ta ma jeszcze jeden wymiar - według mnie samobójczy dla Drzewieckiego, ale i również dla rządu. Nie wiem, jak Minister, ale ja jestem pewien, że jeszcze nie urodził się taki kurator, który zaprowadziłby porządek w tak rozbudowanej organizacji jaką jest PZPN. Należy jedynie gdybać czy rząd będzie się upierać przy kurateli czy nieco odpuści mając na uwadze kolejne walkowery naszych drużyn. Samobójstwo polegać będzie na tym, że tego wyborcy (kibice!!!) wybaczyć nie będą w stanie - niezależnie od tego czy ten porządek uda się zaprowadzić czy nie.

Okres ochronny się skończył

Stratedzy Platformy Obywatelskiej nie śpią. Wiedząc, że opinia publiczna powoli przyzwyczaiła się już do nowego rządu i zaczyna (również niespodziewanie powoli) zauważać brak konkretnych zmian na lepsze, postanowili wykorzystać stare, sprawdzone metody swoich poprzedników. Oczywiście populistyczne hasła w wykonaniu PiS były "be", ale już Donald Tusk wypowiadający się w temacie kastrowania oraz Zbigniew Chlebowski opowiadający również o ucinaniu - tyle, że emerytur są już "cacy".

Najważniejsze jest to, że szczerze mówiąc nie spodziewałem się moralności Kalego w wykonaniu ładnych, słodkich panów z PO. Bardziej wyobrażałem sobie, że będą wprowadzać w życie swoje pomysły na lepszą Polskę w stylu ślepego nosorożca - zamknąwszy oczy na sondaże, wierząc w sukces. Tymczasem mamy smutną powtórkę z PiS i niech ktoś powie, że zasłyszana kiedyś przeze mnie opinia jest wyssana z palca:

PO to takie PiS, tylko że ładniejsze, z ogładą i potrafiące się lepiej wypowiadać.

Trudno się nie zgodzić z powyższym, kiedy każdego niemal tygodnia słyszy się nowe "rewelacje". Szczególnie, że po chwili okazuje się, że "kastracja" (a tak naprawdę chemiczne ograniczenie popędu - ale jak to kiepsko brzmi!!!) jest już możliwa od dawna, a jeśli odebrania przywilejów emerytalnych w jakiś sposób nie zakwestionuje Trybunał Konstytucyjny to z pewnością zrobi to Trybunał w Strasburgu - nie trzeba mówić kto później zapłaci odszkodowania. Ale przecież Premier chciał dobrze - a, że nie wyszło? Co prawda obecnie Platformie jest jeszcze daleko do szukania winnych w tzw. "Układzie", ale co będzie później?

Gdzie mamy konkretne informacje na temat przygotowań do Euro 2012, gdzie są prawdziwe efekty pracy komisji Palikota, co się ruszyło w kwestii żądań nauczycieli, jak będzie wyglądała reforma służby zdrowia - tego nie wie nikt, albowiem są to tematy trudne i drażliwe. A wszyscy wiedzą, że każde słowo może być nieopatrznie zinterpretowane lub można powiedzieć o to jedno słowo za dużo i sondaże polecą na łeb, na szyję. Zdecydowanie łatwiej jest dać narodowi igrzyska i łudzić się, że chleb kiedyś przyjdzie sam.

Na razie PO ma OGROMNE fory w stosunku do poprzedników. Opozycja nieustannie strzela sobie a to w kolano (krucjata SLD przeciwko Kościołowi), to w stopę (wynurzenia Jarosława Kaczyńskiego na temat alimentów płaconych przez Dorna). No łatwiej być nie może - ale, jak to mówią "szczęściu trzeba dodatkowo pomóc".

Niniejszym proponuję otworzenie giełdy - co będzie następnym pomysłem na zaistnienie i zapchanie mediów w celu odsunięcia uwagi od realnych problemów?

Zbiorowa zemsta

Rządząca krajem Platforma Obywatelska złożyła w Sejmie własny projekt ustawy, który ma na celu odebranie przywilejów emerytalnych funkcjonariuszom organów bezpieczeństwa PRL i (to nowość z ostatniej chwili) członkom Wojskowej Rady Ocalenia Narodowego.

To kolejna ustawa-odwet, która przewiduje zmniejszenie byłym funkcjonariuszom PRL-owskiej bezpieki mnożnika podstawy emerytury. Wcześniej stosowany (dla służb mundurowych) - 2,6 proc. podstawy wymiaru emerytury za każdy rok służby ma zmniejszyć się do 0,7 proc. Taki wskaźnik obowiązuje za - UWAGA - lata bezskładkowe. Dla porównania inni są rozliczani według wskaźnika 1,3 proc. Podkreślam, wszyscy członkowie służb bezpieczeństwa spotkają się z obniżonym wskaźnikiem, a jak to tłumaczą "jedyni sprawiedliwi" z PO. Ano tak:

"Ci ludzie powinni być klasyfikowani niżej niż ubezpieczenia z powszechnego systemu."

Gdy to przeczytałem zabrakło mi słów. Do tej pory traktowano tą sprawę ostro, bezpośrednio, natomiast ta wypowiedź przekracza wszelkie granice, zrównuje bowiem byłych funkcjonariuszy do poziomu niemalże podludzi. Oczywiście nie obyło się bez, tak uwielbianej przez wszelkiej maści ideologów z prawej strony, odpowiedzialności zbiorowej mającej na celu - tu nie powinno być żadnej wątpliwości - zwykły, ordynarny odwet, przy okazji wycierając sobie, za przeproszeniem, buzię hasłami o "sprawiedliwości dziejowej". Wystarczyło pracować w SB względnie UB i emeryturka - ciach. Nie jest ważne czy podbijało się pieczątkami pisma, czy nękało opozycję - każdy straci.

Nikt jakoś nie zwraca uwagi, że nie powinno się nawet brać pod uwagę działania prawa wstecz, czyli karać za czyny, które w momencie popełnienia nie były przestępstwami. Zbigniew Chlebowski uzasadniając dodatkową autopoprawkę dotyczącą odebrania przywilejów autorom Stanu Wojennego powiedział, że to "WRON ponosi historyczną odpowiedzialność za zdarzenia, które miały tragiczne konsekwencje w historii Polski". Bardzo chętnie obejrzałbym niezbite dowody, które świadczą o "tragicznych konsekwencjach w historii", tak mocne, że usprawiedliwiają dotkliwą zemstę.

I żeby nie było, że na tym blogu adoruje się esbeków. Jestem absolutnie za bezstronnym, surowym osądzeniem morderców, przestępców i wszelkich innych katów, którzy korzystając z munduru dopuszczali się zbrodni przeciwko polskim obywatelom. Za odebraniem im wyolbrzymionych pieniędzy za "dobrą służbę narodowi", za publicznym napiętnowaniem. Tylko niech ich najpierw osądzi, na podstawie istniejących dowodów, niezawisły sąd, a nie licząca na "sprawiedliwość dziejową" Platforma Obywatelska z p. Chlebowskim na czele.

Według Hammurabiego

Zaiste dziwne dla liberała słowa wypowiedział ostatnio urzędujący Premier. Otóż (jak wszyscy pewnie już słyszeli) planuje On takie zmiany w prawie, które będą skutkować kastracją chemiczną dla osób, które dopuściły się pedofilii.

Nikt (chyba) natomiast nie zauważył, że wprowadzenie takiej poprawki do obowiązującego kodeksu znacznie bardziej przypominać będzie odwet oraz zbliży politykę karną do Hammurabiego, którego ustawodawstwo opierało się na prawie mutylacji czyli "czym uczyniłeś to ci odetniemy". Czy kolejną zmianą będzie ucinanie rąk złodziejom, uszu podsłuchiwaczom, a także języków krzywoprzysięzcom?

Dlaczego Premier porównując pedofilii do do alkoholizmu czy narkomanii nie widzi, że pijakom i ćpaczom (przepraszam za kolokwializmy) niczego się nie ucina, ani nie uniemożliwia? Ich się leczy, a nie okalecza. Znacznie lepiej byłoby przeznaczyć siły i środki pieniężne na ochronę i przygotowywanie najbardziej zagrożonych do obrony przed tego typu patologią.

Wszyscy oczywiście zdają sobie sprawę, że kastracja pedofilów jest ogromnie medialna, a pewnie i znaleźliby się zwolennicy publicznego kamieniowania oraz kary śmierci dla takowych. Nie tędy droga. Warto zauważyć, że w cywilizowanym kraju - do jakich z pewnością chcielibyśmy się zaliczać - nie ma pozwolenia dla takich praktyk.

No chyba, że zamiast do Japonii, jak zwykle zbliżamy się do Chin, a Premier wiedząc, że takie zmiany nie mają szans na wprowadzenie usiłuje zafundować nam igrzyska zamiast chleba.

Cud? Raczej cudaki!

Rację miał - nie sądziłem, że kiedykolwiek to przyznam - Jarosław Kaczyński umieszczając Platformę Obywatelską w bajce o Czerwonym Kapturku. Wyszło to, co wszyscy dokładniej studiujący programy polityczne wiedzieli sporo wcześniej i ostrzegali na lewo i prawo - o kogo tak naprawdę będzie dbała PO.

Rząd ma zamiar podzielić pracowników na tych, którzy zatrudnieni są w firmach o załodze ponad 10 osób i pozostałych. Ci pierwsi będą pracować według dotychczasowego Kodeksu Pracy, a "maluczcy" – nowego, obciętego z niemal wszelkich zobowiązań stawianych pracodawcom wobec pracowników!

Przykłady - proszę bardzo:

  • Właściciele małych przedsiębiorstw nie będą mieli "nad sobą" przepisu dotyczącego zakazu zwalniania kobiet w ciąży i osób w wieku przedemerytalnym.
  • Ci sami będą mogli zwalniać pracowników niemal bezkarnie - nie będzie już obowiązku przywrócenia do pracy, lub uznania wypowiedzenia za bezskuteczne! Wystarczy zapłacić niskie odszkodowanie (co i tak się pewnie będzie opłacać w porównaniu z pensją) i po sprawie.
  • Nie będzie też konieczności konsultowania ze związkami zawodowymi opinii na temat zwalnianego pracownika.
  • Konieczność prowadzenia ewidencji pracy? Niepotrzebna - będzie można eksploatować pracowników "ile wlezie"
  • Zniesiony zostanie również zakaz zmuszania (o przepraszam - proponowania) przejścia pracowników na tzw. "samozatrudnienie"
  • Inne "drobiazgi" to brak refundowania kosztów delegacji służbowych, skrócenie do zaledwie 14 dni chorobowego wypłacanego w wysokości 80% pensji (potem pracownicy będą skazani na ZUS-owski zasiłek)

Dodatkowo ustawodawca (czyli koalicja PO i PSL) zamierza znieść obowiązkowe zatrudnianie pracowników według umowy o pracę i dać możliwość zawierania umów cywilnych. Co to oznacza - tego nie należy raczej tłumaczyć.

Donald Tusk podczas kampanii wyborczej bardzo często powoływał się na Irlandię, bogaty zachód i wspomniany w tytule cud, problem w tym, że po wprowadzeniu powyższych poprawek znacznie bliżej niż do Dublina będzie nam do Pekinu i Phenianu, gdzie robotnicy pracują za miskę ryżu i nie mają żadnych praw, bo to przecież pracodawca jest Panem i Władcą. Warto dodać, że w firmach zatrudniających poniżej 10 pracowników pracuje ponad 3 mln osób, a poza tym w czym problem podzielić większą firmę na mniejsze? A ile korzyści od razu!

Wszystkim, tylko z czego?

Najwięcej w ciągu ostatniego czasu mówi się o protestach, kontestacjach i strajkach spowodowanych niskimi zarobkami, głównie w sferze budżetowej. Niemalże lawinowo ujawniają się kolejne grupy zawodowe, którym przestały się podobać obecne pensje.

Na wszelkie postulaty dotyczące podwyżek rząd (tu nie ma podziałów - poprzedni, obecny względnie przyszły) zawsze powtarza, niczym mantrę - budżetu nie stać na jakiekolwiek podwyżki.

We wspomnianej lawinie rolę motoru napędowego dzierżą przede wszystkim pracownicy służby zdrowia, nie mniejszą pełnią będący "na topie" od dawna górnicy - wszystkich jednak niedawno przebili celnicy, którym, mimo że faktycznie nie mogą strajkować (ustawa!), udało się skutecznie sparaliżować wschodnie granice Unii Europejskiej.

I nagle stał się cud, zapowiadany przez Donalda Tuska, celnicy dostali pieniądze - co prawda nie tyle, ile chcieli, ale okazało się, że budżet stać! Co teraz powinny zrobić inne grupy zawodowe? Oczywiście strajkować ponieważ skoro raz się okazało, że budżetu nie stać, a potem, że stać to czemu nie spróbować? Taki urzędnik w skarbówce przecież nie jest gorszy od celnika, pracownik Urzędu Pracy też nie, a nauczyciel? Toż to od niego zależy, jak będą wykształcone następne pokolenia - co to to nie! Celnik może, to i każdy może.

Idźmy dalej - dlaczego budżet stać na ogromne dotacje dla partii politycznych (fakt, ma być ten proceder ukrócony, i dobrze!), wielkie pensje dla parlamentarzystów (wiem, kiepski przykład - urzędników jest rząd wielkości więcej, ale liczy się zasada), czy nawet (tu mnie połowa komentujących zaraz zje) Euro 2012 - w czym pomoże taka impreza nauczycielowi pobierającemu z kasy co miesiąc 1000 zł? Co zrobimy z tymi pięknymi, potężnymi stadionami po zakończeniu imprezy - pewnie będą sobie stać puste (tzn. co drugi weekend będą w 1/5 zapełnione podczas kolejnych rund skorumpowanej Ligi Polskiej).

Co na to rząd? Rząd Tuska zamiast zadbać o potrzeby tych, którym pomoc by się przydała najbardziej snuje kolejne plany, które powoduje powstawanie coraz większego banana na twarzy "sfery bogatszej".

A to podateczek liniowy: ach, jak się ucieszą mniej zamożni, że nagle Ci, którzy płacili 40% od części swoich pieniędzy zapłacą 19%, a biedni? No tu akurat się nic nie zmieni, ale poczekajmy może na jakieś cuda. A to zniesienie podatku od spadków - och pięknie, potomkowie 100 najbogatszych Polaków (i oczywiście dużo więcej osób) nie zostaną na lodzie, kiedy zabraknie im rodziny. Pracować też na szczęście nie będą musieli. A to zniesienie wysoce niesprawiedliwego "podatku Belki" - przecież po to się oszczędza i inwestuje, żeby zarabiać i mieć jeszcze więcej? A co dla tych, którzy o oszczędzaniu mogą tylko pomarzyć?

No nic, tym którzy mają gorzej pozostaje chyba tylko czekać na cud. Na razie zamiast tego mają cudaków - i to powinno na tą chwilę wystarczyć.

W ramach ogłoszenia parafialnego chciałbym przeprosić wszystkich tych, którzy martwili się o brak nowych wpisów przez dłuższy czas. Otóż czarnobiaua została rzucona na inny front pracy i w tej chwili nowe posty mogą się pojawiać rzadziej.

Płacić czy płakać - o to jest pytanie!

Powoli wraca stare. Stare - czyli znana od początku "nowej Polski" (tej po 1989) niemoc i słabość rządzących w stosunku do Kościoła - chodzi oczywiście o pierwsze starcie rządu Donalda Tuska z duchowieństwem w sprawie dopłat do zapłodnienia in vitro.

Warto na początku zaznaczyć, że niemal wszystkie państwa należące do Unii Europejskiej od dawna refundują ten proceder, a Polska tradycyjnie pozostaje w skansenie w towarzystwie na przykład Rumunii.

Z odważnych wypowiedzi minister Kopacz na temat refundacji nie zostało niemal nic, kiedy biskupi delikatnie pogrozili paluszkiem - z drugiej strony nie ma się co dziwić, na wojnę z Kościołem nie zdecydowały się poprzednie ekipy (włącznie z dwoma rządami, na których czele stała lewica), to dlaczego mielibyśmy mieć teraz ewenement?

Z jednej strony duchowni mówią o szczęśliwych rodzinach i miłości rodzicielskiej, a z drugiej swoim wetem odbierają możliwość doświadczenia tychże ubogim małżeństwom, którzy pokrzywdzeni przez los nie mogą mieć dziecka. Bo nienaturalnie poczęte będzie z pewnością gorsze i nie zasługuje na życie - jak bowiem inaczej można zinterpretować słowa biskupa Górnego, który nazwał poczęcie przez zapłodnienie in vitro - "niegodziwym"?

Czy biskup Górny będzie na tyle odważny żeby stanąć przed dzieckiem, które otrzymało życie dzięki in vitro i powiedzieć mu prosto w oczy: "Zostałeś poczęty w niegodziwy sposób!". Czy zdanie "Idźcie i się rozmnażajcie" dotyczy tylko tego typu rozmnażania, które łaskawie zaakceptuje Kościół podczas któregoś z kolei posiedzenia - czy to Kościół ma decydować kto się może urodzić, a kto jest niegodziwcem? Dochodzimy tutaj do niebezpiecznej sytuacji. W liście przesłanym do parlamentarzystów in vitro nazywane jest również "rodzajem wyrafinowanej aborcji" - przepraszam, ale ktoś tu jest niedouczony względnie brutalnie fanatyzuje!

Czy czekają nas kolejne lata ideologiczno-ultrakonserwatywnego zacofania? Bezwzględnie sprawa in vitro jest pierwszym przyczółkiem i rozpoznaniem, którego dokonuje Kościół, badając na ile nowa ekipa będzie uległa duchowieństwu. Panie Kardynale - melduję wykonanie zadania!

Pod publiczkę

Dyżurnym tematem ostatnich dni jest wojna między tak zwanymi "Małym Pałacem", a "Dużym Pałacem" - w skrócie: między rządem, a Lechem Kaczyńskim.

Kulminacją tej mini-wojny (a może sprzeczki?) była absencja Radosława Sikorskiego na spotkaniu z prezydentem. Prezydent, a dokładnie jego otoczenie, był ogromnie oburzony, że minister nie raczył się stawić na jego zaproszenie, a minister nie widzi w tym nic niestosownego. W związku z tą sprawą mieliśmy już dziesiątki wystąpień i komentarzy z obu stron, jaki to prezydent jest obrażony, a minister krnąbrny. Co więcej - największe oburzenie kipi nie od samego Lecha Kaczyńskiego, a z ust jego świty.

Według mnie to nigdzie nie jest zapisane, że ktokolwiek MUSI się stawiać, kiedy wzywa (a może zaprasza?) go Głowa Państwa, a tym bardziej jeśli jest to członek rządu. Sprawa jest nadmiernie rozdmuchana, a głównymi bohaterami nie są ci, którzy powinni. Otóż wydaje się, że winnymi są sekretariaty obu skłóconych panów.

Po pierwsze Kancelaria Prezydenta przed zaproszeniem członka rządu (szczególnie teraz, gdy praktycznie rząd jeszcze nie zaczął rządzić tylko się "rozgrzewa") powinna wystosować pismo z zapytaniem o wolne terminy z dopiskiem, że (prawdopodobnie) chodzi o pilną sprawę. Gabinet Ministra powinien odpowiedzieć, po konsultacji z szefem (przecież chodzi nie o spotkanie z byle kim), że można się spotkać tego, a tego, o tej i o tamtej. I po co było tyle szumu?

Po drugie wydaje się, że Kancelaria Prezydenta jest bardzo słabo poinformowana, skoro nie wiedziała o posiedzeniu rządu, którym to Radosław Sikorski tłumaczył absencje na wizycie z prezydentem. Albo może nie chciała o nim wiedzieć, aby mieć powód do szerzenia opinii jakoby ministrowie nowego rządu mają w głębokim poważaniu prezydenta?

A po trzecie bardzo mi się spodobało skwitowanie całej sytuacji przez Bronisława Komorowskiego:

"Minister rządu nie jest chłopcem na posyłki."

Czyżby z jednej strony prezydent pokazywał, że rząd nie będzie miał z nim łatwo, a z drugiej - rząd wyraźnie wskazuje, że nie zgodzi się na zwiększanie roli prezydenta?

Karta z dużym limitem wydatków

Takiego kredytu zaufania, jak ma obecnie Donald Tusk i jego ministrowie nie miała do tej pory żadna ekipa rządząca Krajem nad Wisłą zwanym jeszcze do niedawna "Wolską". Przychylna prasa i telewizja (czym z pewnością nie mógł się pochwalić poprzedni rząd), rozentuzjazmowany naród - także i ten na emigracji, nawet gwiazdka młodzieżowej popkultury zwana Dodą zaśpiewała specjalnie dla premiera w jednym z najpopularniejszych programów publicystycznych. Tego jeszcze nie było i... prawdopodobnie więcej nie będzie. To właśnie ten rząd ma według mnie najtrudniejsze zadanie przed sobą - udowodnić milionom polaków, że rekordowa frekwencja wyborcza (przez niektórych nawet porównywana ze zrywami powstańczymi) potrafi coś zmienić. Oczywiście na lepsze.

Śmiem twierdzić, że jeśli końcowa ocena dokonań tego rządu będzie negatywna to przy następnych wyborach komisje wyborcze będą solidnie ziewać bo nie będzie komu rozdawać kart do głosowania, a frekwencja nie przekroczy 35%.

Początek nowy rząd będzie miał z pewnością niełatwy, a tejże sytuacji z pewnością nie poprawił styl, w jakim Jarosław Kaczyński oddał władzę Donaldowi Tuskowi – nawet bez podania ręki i poprzez wicepremiera - listownie. Ministrowie w większości przypadków wkraczali sami do przyszłych miejsc pracy ponieważ ich poprzednicy z (niechętnie) ustępującej ekipy nie uznali za stosowne przekazać im obowiązków, ani chociażby życzyć powodzenia. To drobne, ale przykre prztyczki dla tych, w których cała nadzieja.

Kolejną bombą z tykającym mechanizmem jest z pewnością "nocna zmiana" miejsca zamieszkania kopalni haków na każdego polityka czyli archiwów WSI. PiS wie, że bitwę (pewnie i wojnę) przegrał, ale za pomocą "przypadkowo" wyciekających dokumentów ma zamiar prowadzić walkę partyzancką z rządem oczerniając wybrane osoby w najmniej spodziewanych momentach.

Back to life. Ale co to za życie...

Po ponadtygodniowej żałobie, chronicznym bólu gardła, zdezorientowaniu (niepotrzebne skreślić) prezydent raczył przypomnieć o swojej obecności - prawdopodobnie dlatego, że Donald Tusk (premier trochę z Gdańska, a po części z Warszawy) zdobył się wreszcie na przeprosiny. Przeprosiny za, szczerze mówiąc, nie wiadomo co - wieść gminna niesie, że za nadmierne używanie zwrotu "bracia Kaczyńscy", ale to w sumie dobrze, że naburmuszanie Pałacu Prezydenckiego wreszcie będzie miało powód do zakończenia tej komedii. Co prawda niektórzy (niektórzy = Joachim Brudziński) stwierdzili, że przyszły szef rządu ŹLE PRZEPROSIŁ i takie przeprosiny się nie liczą, ale "ten pan już nie rządzi" więc Jego słowa możemy śmiało potraktować jako mało wiążące. Widać nową świecką tradycją przed zaprzysiężeniem na urząd premiera stanie się przepraszanie - nieważne za co, przepraszać prezydenta trzeba (nie dotyczy sytuacji, kiedy premierem ma zostać polityk PiS).

Jeśli chodzi o moje spostrzeżenia to w kwestii znieważania i obraźliwej kampanii akurat PiS prowadziło do samego końca - ale co tam. Przecież już po sprawie. Źle się natomiast dzieje, że głowa blisko czterdziestomilionowego państwa, członka Wspólnoty Europejskiej stroi fochy, bo wygrała nie ta opcja, co potrzeba, czym umacnia swój wizerunek, jako prezydenta "tego narodu, który stoi tutaj" - bo ci, którzy wygrali pewnie są z ZOMO, a na dodatek pewnie i z Wehrmachtu.

A w ogóle to według mnie wszelkie pomówienia o naburmuszenie się Lecha Kaczyńskiego są grubo przesadzone - najprawdopodobniej od dnia ogłoszenia wyników wyborów prezydent był zajęty przygotowywaniem uniwersalnego druku do wetowania ustaw składanych przez przyszły rząd. Takiego gotowca, w którym sekretarka będzie wstawiać tylko nazwę ustawy - resztę załatwi automatyka.

No nie można

Zastanawiam się jak głęboko może się pogrążyć Aleksander Kwaśniewski. W opowieści o filipińskiej chorobie nie wierzy chyba nawet on sam przez co stawia w niemalże beznadziejnej sytuacji swoich towarzyszy w kampanii - zamiast o programie muszą odpowiadać na coraz bardziej niewybredne pytania ze strony, już nie tylko oponentów, ale również i dziennikarzy. Od początku byłem zdania, że były prezydent nie powinien się mieszać do obecnej polityki jako osoba będąca "na świeczniku" - po co się rozmieniać na drobne, szczególnie, że jako prezydent miał notowania, o których żaden z obecnych polityków marzyć nie może.

Jak mówiłem tak się niestety stało. Już pomysł z zawiązaniem LiD był według mnie wybitnie nie trafiony, próba cywilizowania, jak to nazywają SLD, "postkomunistów" ludźmi mającymi duży wkład w budowanie opozycji demokratycznej od początku była skazana na niepowodzenie. Do tego doszły liczne wpadki desygnowanego na premiera Kwaśniewskiego - wiadome było, że to właśnie on będzie najbardziej bacznie obserwowany. Że to jego wystąpienia będą najostrzej krytykowane. Nie - ambicja wygrała, a efekty dla lewicy widzimy gołym okiem. Taka sytuacja niezmiernie ułatwiła - niestety - kampanię PiS i PO. Czy tego chcieliśmy?

Paradoksalnie najlepszym głosem dla lewicy w tych wyborach będzie oddanie głosu na kogoś innego. Przy obecnej sytuacji politycznej widać, że prawdopodobnie żadnej ze zwycięskich partii nie uda się zbudować trwałej koalicji na cztery lata. Prawdopodobnie również czekają nas kolejne wybory - za rok lub dwa. Klęska, czy nawet słaby wynik wyborczy LiD wskaże wszystkim drogę - rezygnacja z Kwaśniewskiego, koniec współpracy z "przeklętymi" z demokratów.pl oraz wskazanie należnego miejsca Markowi Borowskiemu z SdPL. Prawdopodobnie wtedy SLD odzyska utraconą część elektoratu, który nie uznaje wspomnianych za wartych firmowania swoimi głosami. Na przykład mnie.

Autopromocja

Wczorajsza debata, reklamowana jako starcie III z IV RP wypadła bardzo blado. Przypominała nieco kiepski teleturniej tylko, że zamiast Ibisza wystąpił szef TVP - Andrzej Urbański.

Rację mieli Ci, którzy jako jedyny powód zwołania tego "wielkiego show" podawali chęć odsunięcia na boczny tor Donalda Tuska i PO. Każdy z dwójki polityków nie zabłysnął niczym konkretnym: Kwaśniewski był tradycyjnie odprężony, łatwo formułował riposty i nie rozsiewał nadmiernej demagogii, Kaczyński, jako wciąż urzędujący premier, chwalił się "osiągnięciami" rządu, sprawnie operował liczbami i wskaźnikami - nic nowego!

Oczywiście każdy zwolennik obu opcji twierdzi, że zdecydowanie na punkty wygrał ich kandydat - no właśnie. Nikt nie mówi o nokaucie, zdeklasowaniu przeciwnika czy też kompromitacji, najlepiej ilustruje to wczorajszy pojedynek. Obaj rozmówcy powiedzieli to, co mieli powiedzieć, bez specjalnych ataków i personalnych wycieczek, wydaje się, że nie tylko pytania były uzgodnione między sztabami wyborczymi, a również i odpowiedzi.

Nie było mowy o drażliwych tematach, atakowaniu poniżej pasa względnie docinkach pod publiczkę - wszystko starannie wyreżyserowane. Kwaśniewski zmarnował wielką szansę, aby zaskoczyć Kaczyńskiego i wyłamać się z ram, które narzucili mu organizatorzy programu. Były prezydent cały czas zapomina, że nie jest cały czas "byłym preziem", któremu nie wypada być stronniczym i w związku z tym jest... po prostu nijaki - A TO ON miał być lokomotywą kampanii LiD.

W debacie remis, dla lewicy kolejna zmarnowana szansa na promocję.

Nie możesz znaleźć wroga - stwórz swojego!

Walka Jarosława Kaczyńskiego z układem prawdopodobnie powoli dobiega końca, 7 września br. Sejm ma głosować za skróceniem obecnej kadencji - istnieje więc szansa, że mityczny układ przetrwał. Ale czy na pewno?

Otóż w zeszły weekend z wielką pompą ogłosili rozbicie groźnej szajki przestępczej, która niechybnie miała na celu manewrowanie Polską na szkodę obywateli, wspólnie i w porozumieniu. Konferencja była profesjonalnie okraszona dowodami w postaci zapisów podsłuchów, video z kamer ochrony oraz przepięknymi animacjami mającymi na celu dokładne przedstawienie, że nie może być w tym całym ambarasie żadnych pomyłek. Układ rozpoznany, rozbity, udowodniony!

W tym sęk, że wszyscy członkowie tegoż Układu doszli na świecznik dzięki tym, którzy ich w poprzednim tygodniu zatrzymali i pokazowo, na łamach wszystkich gazet i antenach wszelakich telewizji przesłuchiwali. Jak to powiedział Ryszard Kalisz:

PiS nie mógł przez dwa lata odnaleźć i zdemaskować mitycznego Układu więc postanowił go samemu stworzyć, później zdemaskować i ujawnić opinii publicznej.

Nic tak nie raduje tłumu, jak wyniki. Brak wyników - trzeba je poprawić, nawet kosztem tej bardziej rozumnej części społeczeństwa, która zwijała się ze śmiechu obserwując ową hucpę.

Cały ten cyrk przypomina mi od razu policjantów, którzy mają miesięczny "limit" spisań obywateli, którzy coś tam sobie przeskrobali. Czy jest spokojnie czy nie - ilość "spisanych" delikwentów ma być nie mniejszy niż, powiedzmy, 20 nazwisk. Jeśli jest ich mniej co robią dzielni stróżowie prawa? Przepisują z notesów kolegów nazwiska złapanych na niegodziwych czynach - tak, aby osiągnąć plan minimum. Prawda, że widać analogię?

Tylko czy, po raz kolejny zadam to pytanie, tak miała wyglądać odnowa moralna IV Rzeczpospolitej? Czy to są te zasady, które obowiązują?

Przegrani są w tym bałaganie wszyscy. PiS - bo żeby udowodnić, że Układ istnieje musi kogoś pokazać i złapać. Samoobrona i LPR - bo uwierzyli bezspornie w opowiadania Kaczmarka i jeszcze go desygnowali na premiera. SLD i Platforma bo wysuwali pod publiczkę żądania niemożliwe do spełnienia przy obecnym stosunku sił. PSL bo nie potrafiło się wyraźnie odciąć od tej sprawy i pokazać, że można stać z boku i nie mieszać się do z daleka cuchnącej sprawy.

Najbardziej przegrał naród, przegrał 2 lata.

Jak nie powinno się politykować cz. 3

Ileż to dobrego robi dla lewicy Aleksander Kwaśniewski... Każda kolejna jego wypowiedź wzbudza w lewicowym elektoracie albo złość z zażenowaniem, albo ironiczny uśmieszek. Po tym, jak objął "patronatem" koalicję LiD (czyli lewicy z dawno zmarginalizowaną Unią Wolności, dla niepoznaki przemalowaną na nowoczesne barwy - demokraci dot pe-el) zajął się rządzeniem, kto będzie startował, a kto nie przy czym przebił zuchwałością nawet Olejniczaka, który 2 lata temu wielkodusznie udzielił zgody Leszkowi Millerowi na start w wyborach... do Senatu.

Tym razem byłemu prezydentowi udało mu się coś, co powinno go na zawsze skreślić z horyzontu lewicy - w wypowiedzi, którą przytoczyły chyba wszystkie media stwierdził, że w następnych wyborach prezydenckich jest gotów poprzeć kandydaturę Donalda Tuska! Tego samego Tuska, który w każdej wypowiedzi odżegnuje się od jakichkolwiek kontaktów z lewicą, a jego partyjny kolega Rokita z chęcią by powywieszał na okolicznych słupach większość posłów z SLD - w imię znanej nam już walki z "komuną". Pan Kwaśniewski chyba zapomniał, że stając na czele Komitetu Wyborczego LiD przestał być raptem byłym prezydentem, a stał się automatycznie rzecznikiem m.in. polskiej lewicy parlamentarnej, jednego z największych polskich ugrupowań politycznych. A tu proszę, ot tak deklarujemy sobie poparcie dla nomen omen prawdopodobnie największego konkurenta.

Kolejna sprawa to zręczne wymanewrowanie Sojuszu przez PiS i jego psa łańcuchowego - ABW. Dzięki zatrzymaniu Kaczmarka i Kornatowskiego Sojuszowi nagle odechciało się powoływania komisji śledczych ponieważ niespecjalnie miałby kto zeznawać - nie wierzę bowiem, że prokuratorzy zatrzymywali ludzi po to, aby ich później "wypożyczać" do sejmu.

Nie napiszę nic o tym, jak to SLD złożyło propozycję Tuskowi na temat konstruktywnego wotum nieufności - wyglądało to tak, jakby mniej więcej gospodarz bez krowy zaproponował drugiemu chłopu, który ma tych krów 10 - wspólne prowadzenie wytwórni mleka, ja daję pomysł i jak się uda to biorę 50% zysków i glorię genialnego pomysłodawcy, a jak się nie uda to ty tracisz krowy i oborę, które zastawimy pod kredyt na rozkręcenie interesu. Szkoda słów.

Poprzednie odcinki "Jak nie powinno się politykować:

Mam nadzieję, że wcześniejsze odcinki zbytnio się nie zdezaktualizowały.

August 9th

Rozświetlony pokój w reprezentacyjnym budynku władzy. Trzy osoby przy okrągłym stoliku.

- No dobra Michał, skocz przełączyć światełka na pół gałki bo pismaków już wyprowadzili - powiedział Gospodarz.
- Już!
- Więc tak Donald, sytuacja jest prosta: wybory jesienią, żadnych komisji i wygłupów. Żeby ładnie wyglądało pokrzycz sobie tam przez Bronka czy innego diabła, że my to tacy - owacy. Możesz popierać sobie to co Andrzej (tfu!) i Koniu wymyślą i tak wiesz, gdzie mogą nam skoczyć...
- Tam gdzie mogą pana Szefa pocałować w... - chciał szybko dopowiedzieć notujący Michał i natychmiast zmierzył się z potężnym spojrzeniem Gospodarza.
- No, mniej więcej... A wracając... Rozumiem, że Jarek, Antek i Gosiu coś tam mają dla siebie znaleźć - a raczej Ty im znajdziesz. W końcu będziecie rządzić. Rozumiesz, taka no - gruba krecha.
- Zgoda Lechu, niech tak będzie - powiedział Donald już widząc siebie trzymającego władzę ze stołka premiera.
- "A Bronek będzie marszałkiem - lewaki nas poprą..." - pomyślał.
- No to skoro tak, to ja jeszcze sprawdzę "czy rowery stoją", a gruby skoczy po coś do przepłukania - powiedział Gospodarz kierując się do drzwi - przecież nie może być tak, że w 5 minut załatwiliśmy najważniejszą dla kraju sprawę - dodał.

Po wyjściu z sali Gospodarz podszedł do telefonu, nacisnął przycisk i wyrecytował krótko do słuchawki:
- Brat? Łyknął jak pelikan. Mamy z rok, dwa spokoju. Teraz Twoja kolej, porób trochę boruty w Sejmie, niech to wygląda naturalne. Melduję wykonanie zadania, panie prezesie - uśmiechnął się odkładając słuchawkę z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku.

Gdy wrócił do sali zobaczył na stole butelkę wina i trzy kieliszki.
- Wino? Misiek! Po czterech godzinach picia wina uśniemy albo nas wykręci. Każ borowikom przejrzeć barek - po Kwachu powinno coś zostać, a jak nie to mają skoczyć po czystą.

Gaśnica

Nowy minister edukacji jeszcze dobrze nie zaczął piastować swojego urzędu, a już musiał zostać sprowadzony na ziemię przez premiera. Chodziło oczywiście o "niefortunną" wypowiedź dotyczącą religii wliczanej do średniej ocen na świadectwach szkolnych:

Nie jestem entuzjastą pomysłu, żeby religia była liczona do średniej ocen.

Ostatnio podejrzanie cichy w sprawach politycznych Kościół (widać do tej pory skutecznie obłaskawiany przez obecną władzę) wybuchnął w bardzo mocnych słowach "za pomocą" abpa Sławoja Leszka Głódzia, który raczył pogrozić MINISTROWI laickiego (teoretycznie) państwa:

Jeżeli minister Legutko chce konfliktu i dysharmonii społecznej, to będzie ją miał. Zapowiedź zniesienia religii z listy przedmiotów wliczanych do średniej, bez konsultacji z Kościołem, uważam za arogancję.

Dramat! Jak dla mnie to powyższa wypowiedź jest swoistym wezwaniem do buntu, a co do arogancji to nie wie kto w tym wypadku jest większym arogantem - minister czy przypadkiem arcybiskup. W każdym innym, rządzonym przez przestrzegających słów konstytucji, państwie taka wypowiedź byłaby uznana, jako co najmniej niestosowna i powinna zostać odpowiednio oceniona. Tymczasem jedną wypowiedzią Ryszard Legutko został sprowadzony do poziomu ziemi zarówno przez arcybiskupa, jak i premiera, który pozwolił sobie zmienić decyzję ministra, co pokazało dobitnie ile do powiedzenia w tym rządzie ma minister. Ja bym zrezygnował.

Najważniejsze jest to, że akurat Kościół doskonale orientuje się w bieżącej sytuacji politycznej w Wolsce i wie, że po ostatnich spięciach na linii prezydent, premier vs Tadeusz Rydzyk Kaczyńscy nie mogą sobie pozwolić na widmo dalszej krytyki ich, jako ludzi przy władzy przez "katolików". Za dużo to będzie kosztowało i lepiej "uciszyć" ministra niż pogodzić się z utratą sporej ilości głosów, które z pewnością przejęłyby LPR, Prawica RP czy nawet Platforma. Zresztą na sprzeczki z KK nie idzie nawet, co uważam za bulwersujące, SLD, które "zaledwie" skieruje sprawę do Trybunału Konstytucyjnego, aby ten "zbadał zgodność ustawy z najwyższym prawem" i to bez żadnego komentarza dla narodu. Widać przed potencjalnymi wyborami każdy z polityków stara się BARDZO ważyć słowa, za bardzo.