Cud? Raczej cudaki!

Rację miał - nie sądziłem, że kiedykolwiek to przyznam - Jarosław Kaczyński umieszczając Platformę Obywatelską w bajce o Czerwonym Kapturku. Wyszło to, co wszyscy dokładniej studiujący programy polityczne wiedzieli sporo wcześniej i ostrzegali na lewo i prawo - o kogo tak naprawdę będzie dbała PO.

Rząd ma zamiar podzielić pracowników na tych, którzy zatrudnieni są w firmach o załodze ponad 10 osób i pozostałych. Ci pierwsi będą pracować według dotychczasowego Kodeksu Pracy, a "maluczcy" – nowego, obciętego z niemal wszelkich zobowiązań stawianych pracodawcom wobec pracowników!

Przykłady - proszę bardzo:

  • Właściciele małych przedsiębiorstw nie będą mieli "nad sobą" przepisu dotyczącego zakazu zwalniania kobiet w ciąży i osób w wieku przedemerytalnym.
  • Ci sami będą mogli zwalniać pracowników niemal bezkarnie - nie będzie już obowiązku przywrócenia do pracy, lub uznania wypowiedzenia za bezskuteczne! Wystarczy zapłacić niskie odszkodowanie (co i tak się pewnie będzie opłacać w porównaniu z pensją) i po sprawie.
  • Nie będzie też konieczności konsultowania ze związkami zawodowymi opinii na temat zwalnianego pracownika.
  • Konieczność prowadzenia ewidencji pracy? Niepotrzebna - będzie można eksploatować pracowników "ile wlezie"
  • Zniesiony zostanie również zakaz zmuszania (o przepraszam - proponowania) przejścia pracowników na tzw. "samozatrudnienie"
  • Inne "drobiazgi" to brak refundowania kosztów delegacji służbowych, skrócenie do zaledwie 14 dni chorobowego wypłacanego w wysokości 80% pensji (potem pracownicy będą skazani na ZUS-owski zasiłek)

Dodatkowo ustawodawca (czyli koalicja PO i PSL) zamierza znieść obowiązkowe zatrudnianie pracowników według umowy o pracę i dać możliwość zawierania umów cywilnych. Co to oznacza - tego nie należy raczej tłumaczyć.

Donald Tusk podczas kampanii wyborczej bardzo często powoływał się na Irlandię, bogaty zachód i wspomniany w tytule cud, problem w tym, że po wprowadzeniu powyższych poprawek znacznie bliżej niż do Dublina będzie nam do Pekinu i Phenianu, gdzie robotnicy pracują za miskę ryżu i nie mają żadnych praw, bo to przecież pracodawca jest Panem i Władcą. Warto dodać, że w firmach zatrudniających poniżej 10 pracowników pracuje ponad 3 mln osób, a poza tym w czym problem podzielić większą firmę na mniejsze? A ile korzyści od razu!

Wszystkim, tylko z czego?

Najwięcej w ciągu ostatniego czasu mówi się o protestach, kontestacjach i strajkach spowodowanych niskimi zarobkami, głównie w sferze budżetowej. Niemalże lawinowo ujawniają się kolejne grupy zawodowe, którym przestały się podobać obecne pensje.

Na wszelkie postulaty dotyczące podwyżek rząd (tu nie ma podziałów - poprzedni, obecny względnie przyszły) zawsze powtarza, niczym mantrę - budżetu nie stać na jakiekolwiek podwyżki.

We wspomnianej lawinie rolę motoru napędowego dzierżą przede wszystkim pracownicy służby zdrowia, nie mniejszą pełnią będący "na topie" od dawna górnicy - wszystkich jednak niedawno przebili celnicy, którym, mimo że faktycznie nie mogą strajkować (ustawa!), udało się skutecznie sparaliżować wschodnie granice Unii Europejskiej.

I nagle stał się cud, zapowiadany przez Donalda Tuska, celnicy dostali pieniądze - co prawda nie tyle, ile chcieli, ale okazało się, że budżet stać! Co teraz powinny zrobić inne grupy zawodowe? Oczywiście strajkować ponieważ skoro raz się okazało, że budżetu nie stać, a potem, że stać to czemu nie spróbować? Taki urzędnik w skarbówce przecież nie jest gorszy od celnika, pracownik Urzędu Pracy też nie, a nauczyciel? Toż to od niego zależy, jak będą wykształcone następne pokolenia - co to to nie! Celnik może, to i każdy może.

Idźmy dalej - dlaczego budżet stać na ogromne dotacje dla partii politycznych (fakt, ma być ten proceder ukrócony, i dobrze!), wielkie pensje dla parlamentarzystów (wiem, kiepski przykład - urzędników jest rząd wielkości więcej, ale liczy się zasada), czy nawet (tu mnie połowa komentujących zaraz zje) Euro 2012 - w czym pomoże taka impreza nauczycielowi pobierającemu z kasy co miesiąc 1000 zł? Co zrobimy z tymi pięknymi, potężnymi stadionami po zakończeniu imprezy - pewnie będą sobie stać puste (tzn. co drugi weekend będą w 1/5 zapełnione podczas kolejnych rund skorumpowanej Ligi Polskiej).

Co na to rząd? Rząd Tuska zamiast zadbać o potrzeby tych, którym pomoc by się przydała najbardziej snuje kolejne plany, które powoduje powstawanie coraz większego banana na twarzy "sfery bogatszej".

A to podateczek liniowy: ach, jak się ucieszą mniej zamożni, że nagle Ci, którzy płacili 40% od części swoich pieniędzy zapłacą 19%, a biedni? No tu akurat się nic nie zmieni, ale poczekajmy może na jakieś cuda. A to zniesienie podatku od spadków - och pięknie, potomkowie 100 najbogatszych Polaków (i oczywiście dużo więcej osób) nie zostaną na lodzie, kiedy zabraknie im rodziny. Pracować też na szczęście nie będą musieli. A to zniesienie wysoce niesprawiedliwego "podatku Belki" - przecież po to się oszczędza i inwestuje, żeby zarabiać i mieć jeszcze więcej? A co dla tych, którzy o oszczędzaniu mogą tylko pomarzyć?

No nic, tym którzy mają gorzej pozostaje chyba tylko czekać na cud. Na razie zamiast tego mają cudaków - i to powinno na tą chwilę wystarczyć.

W ramach ogłoszenia parafialnego chciałbym przeprosić wszystkich tych, którzy martwili się o brak nowych wpisów przez dłuższy czas. Otóż czarnobiaua została rzucona na inny front pracy i w tej chwili nowe posty mogą się pojawiać rzadziej.

Płacić czy płakać - o to jest pytanie!

Powoli wraca stare. Stare - czyli znana od początku "nowej Polski" (tej po 1989) niemoc i słabość rządzących w stosunku do Kościoła - chodzi oczywiście o pierwsze starcie rządu Donalda Tuska z duchowieństwem w sprawie dopłat do zapłodnienia in vitro.

Warto na początku zaznaczyć, że niemal wszystkie państwa należące do Unii Europejskiej od dawna refundują ten proceder, a Polska tradycyjnie pozostaje w skansenie w towarzystwie na przykład Rumunii.

Z odważnych wypowiedzi minister Kopacz na temat refundacji nie zostało niemal nic, kiedy biskupi delikatnie pogrozili paluszkiem - z drugiej strony nie ma się co dziwić, na wojnę z Kościołem nie zdecydowały się poprzednie ekipy (włącznie z dwoma rządami, na których czele stała lewica), to dlaczego mielibyśmy mieć teraz ewenement?

Z jednej strony duchowni mówią o szczęśliwych rodzinach i miłości rodzicielskiej, a z drugiej swoim wetem odbierają możliwość doświadczenia tychże ubogim małżeństwom, którzy pokrzywdzeni przez los nie mogą mieć dziecka. Bo nienaturalnie poczęte będzie z pewnością gorsze i nie zasługuje na życie - jak bowiem inaczej można zinterpretować słowa biskupa Górnego, który nazwał poczęcie przez zapłodnienie in vitro - "niegodziwym"?

Czy biskup Górny będzie na tyle odważny żeby stanąć przed dzieckiem, które otrzymało życie dzięki in vitro i powiedzieć mu prosto w oczy: "Zostałeś poczęty w niegodziwy sposób!". Czy zdanie "Idźcie i się rozmnażajcie" dotyczy tylko tego typu rozmnażania, które łaskawie zaakceptuje Kościół podczas któregoś z kolei posiedzenia - czy to Kościół ma decydować kto się może urodzić, a kto jest niegodziwcem? Dochodzimy tutaj do niebezpiecznej sytuacji. W liście przesłanym do parlamentarzystów in vitro nazywane jest również "rodzajem wyrafinowanej aborcji" - przepraszam, ale ktoś tu jest niedouczony względnie brutalnie fanatyzuje!

Czy czekają nas kolejne lata ideologiczno-ultrakonserwatywnego zacofania? Bezwzględnie sprawa in vitro jest pierwszym przyczółkiem i rozpoznaniem, którego dokonuje Kościół, badając na ile nowa ekipa będzie uległa duchowieństwu. Panie Kardynale - melduję wykonanie zadania!

Pod publiczkę

Dyżurnym tematem ostatnich dni jest wojna między tak zwanymi "Małym Pałacem", a "Dużym Pałacem" - w skrócie: między rządem, a Lechem Kaczyńskim.

Kulminacją tej mini-wojny (a może sprzeczki?) była absencja Radosława Sikorskiego na spotkaniu z prezydentem. Prezydent, a dokładnie jego otoczenie, był ogromnie oburzony, że minister nie raczył się stawić na jego zaproszenie, a minister nie widzi w tym nic niestosownego. W związku z tą sprawą mieliśmy już dziesiątki wystąpień i komentarzy z obu stron, jaki to prezydent jest obrażony, a minister krnąbrny. Co więcej - największe oburzenie kipi nie od samego Lecha Kaczyńskiego, a z ust jego świty.

Według mnie to nigdzie nie jest zapisane, że ktokolwiek MUSI się stawiać, kiedy wzywa (a może zaprasza?) go Głowa Państwa, a tym bardziej jeśli jest to członek rządu. Sprawa jest nadmiernie rozdmuchana, a głównymi bohaterami nie są ci, którzy powinni. Otóż wydaje się, że winnymi są sekretariaty obu skłóconych panów.

Po pierwsze Kancelaria Prezydenta przed zaproszeniem członka rządu (szczególnie teraz, gdy praktycznie rząd jeszcze nie zaczął rządzić tylko się "rozgrzewa") powinna wystosować pismo z zapytaniem o wolne terminy z dopiskiem, że (prawdopodobnie) chodzi o pilną sprawę. Gabinet Ministra powinien odpowiedzieć, po konsultacji z szefem (przecież chodzi nie o spotkanie z byle kim), że można się spotkać tego, a tego, o tej i o tamtej. I po co było tyle szumu?

Po drugie wydaje się, że Kancelaria Prezydenta jest bardzo słabo poinformowana, skoro nie wiedziała o posiedzeniu rządu, którym to Radosław Sikorski tłumaczył absencje na wizycie z prezydentem. Albo może nie chciała o nim wiedzieć, aby mieć powód do szerzenia opinii jakoby ministrowie nowego rządu mają w głębokim poważaniu prezydenta?

A po trzecie bardzo mi się spodobało skwitowanie całej sytuacji przez Bronisława Komorowskiego:

"Minister rządu nie jest chłopcem na posyłki."

Czyżby z jednej strony prezydent pokazywał, że rząd nie będzie miał z nim łatwo, a z drugiej - rząd wyraźnie wskazuje, że nie zgodzi się na zwiększanie roli prezydenta?

Karta z dużym limitem wydatków

Takiego kredytu zaufania, jak ma obecnie Donald Tusk i jego ministrowie nie miała do tej pory żadna ekipa rządząca Krajem nad Wisłą zwanym jeszcze do niedawna "Wolską". Przychylna prasa i telewizja (czym z pewnością nie mógł się pochwalić poprzedni rząd), rozentuzjazmowany naród - także i ten na emigracji, nawet gwiazdka młodzieżowej popkultury zwana Dodą zaśpiewała specjalnie dla premiera w jednym z najpopularniejszych programów publicystycznych. Tego jeszcze nie było i... prawdopodobnie więcej nie będzie. To właśnie ten rząd ma według mnie najtrudniejsze zadanie przed sobą - udowodnić milionom polaków, że rekordowa frekwencja wyborcza (przez niektórych nawet porównywana ze zrywami powstańczymi) potrafi coś zmienić. Oczywiście na lepsze.

Śmiem twierdzić, że jeśli końcowa ocena dokonań tego rządu będzie negatywna to przy następnych wyborach komisje wyborcze będą solidnie ziewać bo nie będzie komu rozdawać kart do głosowania, a frekwencja nie przekroczy 35%.

Początek nowy rząd będzie miał z pewnością niełatwy, a tejże sytuacji z pewnością nie poprawił styl, w jakim Jarosław Kaczyński oddał władzę Donaldowi Tuskowi – nawet bez podania ręki i poprzez wicepremiera - listownie. Ministrowie w większości przypadków wkraczali sami do przyszłych miejsc pracy ponieważ ich poprzednicy z (niechętnie) ustępującej ekipy nie uznali za stosowne przekazać im obowiązków, ani chociażby życzyć powodzenia. To drobne, ale przykre prztyczki dla tych, w których cała nadzieja.

Kolejną bombą z tykającym mechanizmem jest z pewnością "nocna zmiana" miejsca zamieszkania kopalni haków na każdego polityka czyli archiwów WSI. PiS wie, że bitwę (pewnie i wojnę) przegrał, ale za pomocą "przypadkowo" wyciekających dokumentów ma zamiar prowadzić walkę partyzancką z rządem oczerniając wybrane osoby w najmniej spodziewanych momentach.

Back to life. Ale co to za życie...

Po ponadtygodniowej żałobie, chronicznym bólu gardła, zdezorientowaniu (niepotrzebne skreślić) prezydent raczył przypomnieć o swojej obecności - prawdopodobnie dlatego, że Donald Tusk (premier trochę z Gdańska, a po części z Warszawy) zdobył się wreszcie na przeprosiny. Przeprosiny za, szczerze mówiąc, nie wiadomo co - wieść gminna niesie, że za nadmierne używanie zwrotu "bracia Kaczyńscy", ale to w sumie dobrze, że naburmuszanie Pałacu Prezydenckiego wreszcie będzie miało powód do zakończenia tej komedii. Co prawda niektórzy (niektórzy = Joachim Brudziński) stwierdzili, że przyszły szef rządu ŹLE PRZEPROSIŁ i takie przeprosiny się nie liczą, ale "ten pan już nie rządzi" więc Jego słowa możemy śmiało potraktować jako mało wiążące. Widać nową świecką tradycją przed zaprzysiężeniem na urząd premiera stanie się przepraszanie - nieważne za co, przepraszać prezydenta trzeba (nie dotyczy sytuacji, kiedy premierem ma zostać polityk PiS).

Jeśli chodzi o moje spostrzeżenia to w kwestii znieważania i obraźliwej kampanii akurat PiS prowadziło do samego końca - ale co tam. Przecież już po sprawie. Źle się natomiast dzieje, że głowa blisko czterdziestomilionowego państwa, członka Wspólnoty Europejskiej stroi fochy, bo wygrała nie ta opcja, co potrzeba, czym umacnia swój wizerunek, jako prezydenta "tego narodu, który stoi tutaj" - bo ci, którzy wygrali pewnie są z ZOMO, a na dodatek pewnie i z Wehrmachtu.

A w ogóle to według mnie wszelkie pomówienia o naburmuszenie się Lecha Kaczyńskiego są grubo przesadzone - najprawdopodobniej od dnia ogłoszenia wyników wyborów prezydent był zajęty przygotowywaniem uniwersalnego druku do wetowania ustaw składanych przez przyszły rząd. Takiego gotowca, w którym sekretarka będzie wstawiać tylko nazwę ustawy - resztę załatwi automatyka.

No nie można

Zastanawiam się jak głęboko może się pogrążyć Aleksander Kwaśniewski. W opowieści o filipińskiej chorobie nie wierzy chyba nawet on sam przez co stawia w niemalże beznadziejnej sytuacji swoich towarzyszy w kampanii - zamiast o programie muszą odpowiadać na coraz bardziej niewybredne pytania ze strony, już nie tylko oponentów, ale również i dziennikarzy. Od początku byłem zdania, że były prezydent nie powinien się mieszać do obecnej polityki jako osoba będąca "na świeczniku" - po co się rozmieniać na drobne, szczególnie, że jako prezydent miał notowania, o których żaden z obecnych polityków marzyć nie może.

Jak mówiłem tak się niestety stało. Już pomysł z zawiązaniem LiD był według mnie wybitnie nie trafiony, próba cywilizowania, jak to nazywają SLD, "postkomunistów" ludźmi mającymi duży wkład w budowanie opozycji demokratycznej od początku była skazana na niepowodzenie. Do tego doszły liczne wpadki desygnowanego na premiera Kwaśniewskiego - wiadome było, że to właśnie on będzie najbardziej bacznie obserwowany. Że to jego wystąpienia będą najostrzej krytykowane. Nie - ambicja wygrała, a efekty dla lewicy widzimy gołym okiem. Taka sytuacja niezmiernie ułatwiła - niestety - kampanię PiS i PO. Czy tego chcieliśmy?

Paradoksalnie najlepszym głosem dla lewicy w tych wyborach będzie oddanie głosu na kogoś innego. Przy obecnej sytuacji politycznej widać, że prawdopodobnie żadnej ze zwycięskich partii nie uda się zbudować trwałej koalicji na cztery lata. Prawdopodobnie również czekają nas kolejne wybory - za rok lub dwa. Klęska, czy nawet słaby wynik wyborczy LiD wskaże wszystkim drogę - rezygnacja z Kwaśniewskiego, koniec współpracy z "przeklętymi" z demokratów.pl oraz wskazanie należnego miejsca Markowi Borowskiemu z SdPL. Prawdopodobnie wtedy SLD odzyska utraconą część elektoratu, który nie uznaje wspomnianych za wartych firmowania swoimi głosami. Na przykład mnie.

Autopromocja

Wczorajsza debata, reklamowana jako starcie III z IV RP wypadła bardzo blado. Przypominała nieco kiepski teleturniej tylko, że zamiast Ibisza wystąpił szef TVP - Andrzej Urbański.

Rację mieli Ci, którzy jako jedyny powód zwołania tego "wielkiego show" podawali chęć odsunięcia na boczny tor Donalda Tuska i PO. Każdy z dwójki polityków nie zabłysnął niczym konkretnym: Kwaśniewski był tradycyjnie odprężony, łatwo formułował riposty i nie rozsiewał nadmiernej demagogii, Kaczyński, jako wciąż urzędujący premier, chwalił się "osiągnięciami" rządu, sprawnie operował liczbami i wskaźnikami - nic nowego!

Oczywiście każdy zwolennik obu opcji twierdzi, że zdecydowanie na punkty wygrał ich kandydat - no właśnie. Nikt nie mówi o nokaucie, zdeklasowaniu przeciwnika czy też kompromitacji, najlepiej ilustruje to wczorajszy pojedynek. Obaj rozmówcy powiedzieli to, co mieli powiedzieć, bez specjalnych ataków i personalnych wycieczek, wydaje się, że nie tylko pytania były uzgodnione między sztabami wyborczymi, a również i odpowiedzi.

Nie było mowy o drażliwych tematach, atakowaniu poniżej pasa względnie docinkach pod publiczkę - wszystko starannie wyreżyserowane. Kwaśniewski zmarnował wielką szansę, aby zaskoczyć Kaczyńskiego i wyłamać się z ram, które narzucili mu organizatorzy programu. Były prezydent cały czas zapomina, że nie jest cały czas "byłym preziem", któremu nie wypada być stronniczym i w związku z tym jest... po prostu nijaki - A TO ON miał być lokomotywą kampanii LiD.

W debacie remis, dla lewicy kolejna zmarnowana szansa na promocję.

Nie możesz znaleźć wroga - stwórz swojego!

Walka Jarosława Kaczyńskiego z układem prawdopodobnie powoli dobiega końca, 7 września br. Sejm ma głosować za skróceniem obecnej kadencji - istnieje więc szansa, że mityczny układ przetrwał. Ale czy na pewno?

Otóż w zeszły weekend z wielką pompą ogłosili rozbicie groźnej szajki przestępczej, która niechybnie miała na celu manewrowanie Polską na szkodę obywateli, wspólnie i w porozumieniu. Konferencja była profesjonalnie okraszona dowodami w postaci zapisów podsłuchów, video z kamer ochrony oraz przepięknymi animacjami mającymi na celu dokładne przedstawienie, że nie może być w tym całym ambarasie żadnych pomyłek. Układ rozpoznany, rozbity, udowodniony!

W tym sęk, że wszyscy członkowie tegoż Układu doszli na świecznik dzięki tym, którzy ich w poprzednim tygodniu zatrzymali i pokazowo, na łamach wszystkich gazet i antenach wszelakich telewizji przesłuchiwali. Jak to powiedział Ryszard Kalisz:

PiS nie mógł przez dwa lata odnaleźć i zdemaskować mitycznego Układu więc postanowił go samemu stworzyć, później zdemaskować i ujawnić opinii publicznej.

Nic tak nie raduje tłumu, jak wyniki. Brak wyników - trzeba je poprawić, nawet kosztem tej bardziej rozumnej części społeczeństwa, która zwijała się ze śmiechu obserwując ową hucpę.

Cały ten cyrk przypomina mi od razu policjantów, którzy mają miesięczny "limit" spisań obywateli, którzy coś tam sobie przeskrobali. Czy jest spokojnie czy nie - ilość "spisanych" delikwentów ma być nie mniejszy niż, powiedzmy, 20 nazwisk. Jeśli jest ich mniej co robią dzielni stróżowie prawa? Przepisują z notesów kolegów nazwiska złapanych na niegodziwych czynach - tak, aby osiągnąć plan minimum. Prawda, że widać analogię?

Tylko czy, po raz kolejny zadam to pytanie, tak miała wyglądać odnowa moralna IV Rzeczpospolitej? Czy to są te zasady, które obowiązują?

Przegrani są w tym bałaganie wszyscy. PiS - bo żeby udowodnić, że Układ istnieje musi kogoś pokazać i złapać. Samoobrona i LPR - bo uwierzyli bezspornie w opowiadania Kaczmarka i jeszcze go desygnowali na premiera. SLD i Platforma bo wysuwali pod publiczkę żądania niemożliwe do spełnienia przy obecnym stosunku sił. PSL bo nie potrafiło się wyraźnie odciąć od tej sprawy i pokazać, że można stać z boku i nie mieszać się do z daleka cuchnącej sprawy.

Najbardziej przegrał naród, przegrał 2 lata.

Jak nie powinno się politykować cz. 3

Ileż to dobrego robi dla lewicy Aleksander Kwaśniewski... Każda kolejna jego wypowiedź wzbudza w lewicowym elektoracie albo złość z zażenowaniem, albo ironiczny uśmieszek. Po tym, jak objął "patronatem" koalicję LiD (czyli lewicy z dawno zmarginalizowaną Unią Wolności, dla niepoznaki przemalowaną na nowoczesne barwy - demokraci dot pe-el) zajął się rządzeniem, kto będzie startował, a kto nie przy czym przebił zuchwałością nawet Olejniczaka, który 2 lata temu wielkodusznie udzielił zgody Leszkowi Millerowi na start w wyborach... do Senatu.

Tym razem byłemu prezydentowi udało mu się coś, co powinno go na zawsze skreślić z horyzontu lewicy - w wypowiedzi, którą przytoczyły chyba wszystkie media stwierdził, że w następnych wyborach prezydenckich jest gotów poprzeć kandydaturę Donalda Tuska! Tego samego Tuska, który w każdej wypowiedzi odżegnuje się od jakichkolwiek kontaktów z lewicą, a jego partyjny kolega Rokita z chęcią by powywieszał na okolicznych słupach większość posłów z SLD - w imię znanej nam już walki z "komuną". Pan Kwaśniewski chyba zapomniał, że stając na czele Komitetu Wyborczego LiD przestał być raptem byłym prezydentem, a stał się automatycznie rzecznikiem m.in. polskiej lewicy parlamentarnej, jednego z największych polskich ugrupowań politycznych. A tu proszę, ot tak deklarujemy sobie poparcie dla nomen omen prawdopodobnie największego konkurenta.

Kolejna sprawa to zręczne wymanewrowanie Sojuszu przez PiS i jego psa łańcuchowego - ABW. Dzięki zatrzymaniu Kaczmarka i Kornatowskiego Sojuszowi nagle odechciało się powoływania komisji śledczych ponieważ niespecjalnie miałby kto zeznawać - nie wierzę bowiem, że prokuratorzy zatrzymywali ludzi po to, aby ich później "wypożyczać" do sejmu.

Nie napiszę nic o tym, jak to SLD złożyło propozycję Tuskowi na temat konstruktywnego wotum nieufności - wyglądało to tak, jakby mniej więcej gospodarz bez krowy zaproponował drugiemu chłopu, który ma tych krów 10 - wspólne prowadzenie wytwórni mleka, ja daję pomysł i jak się uda to biorę 50% zysków i glorię genialnego pomysłodawcy, a jak się nie uda to ty tracisz krowy i oborę, które zastawimy pod kredyt na rozkręcenie interesu. Szkoda słów.

Poprzednie odcinki "Jak nie powinno się politykować:

Mam nadzieję, że wcześniejsze odcinki zbytnio się nie zdezaktualizowały.

August 9th

Rozświetlony pokój w reprezentacyjnym budynku władzy. Trzy osoby przy okrągłym stoliku.

- No dobra Michał, skocz przełączyć światełka na pół gałki bo pismaków już wyprowadzili - powiedział Gospodarz.
- Już!
- Więc tak Donald, sytuacja jest prosta: wybory jesienią, żadnych komisji i wygłupów. Żeby ładnie wyglądało pokrzycz sobie tam przez Bronka czy innego diabła, że my to tacy - owacy. Możesz popierać sobie to co Andrzej (tfu!) i Koniu wymyślą i tak wiesz, gdzie mogą nam skoczyć...
- Tam gdzie mogą pana Szefa pocałować w... - chciał szybko dopowiedzieć notujący Michał i natychmiast zmierzył się z potężnym spojrzeniem Gospodarza.
- No, mniej więcej... A wracając... Rozumiem, że Jarek, Antek i Gosiu coś tam mają dla siebie znaleźć - a raczej Ty im znajdziesz. W końcu będziecie rządzić. Rozumiesz, taka no - gruba krecha.
- Zgoda Lechu, niech tak będzie - powiedział Donald już widząc siebie trzymającego władzę ze stołka premiera.
- "A Bronek będzie marszałkiem - lewaki nas poprą..." - pomyślał.
- No to skoro tak, to ja jeszcze sprawdzę "czy rowery stoją", a gruby skoczy po coś do przepłukania - powiedział Gospodarz kierując się do drzwi - przecież nie może być tak, że w 5 minut załatwiliśmy najważniejszą dla kraju sprawę - dodał.

Po wyjściu z sali Gospodarz podszedł do telefonu, nacisnął przycisk i wyrecytował krótko do słuchawki:
- Brat? Łyknął jak pelikan. Mamy z rok, dwa spokoju. Teraz Twoja kolej, porób trochę boruty w Sejmie, niech to wygląda naturalne. Melduję wykonanie zadania, panie prezesie - uśmiechnął się odkładając słuchawkę z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku.

Gdy wrócił do sali zobaczył na stole butelkę wina i trzy kieliszki.
- Wino? Misiek! Po czterech godzinach picia wina uśniemy albo nas wykręci. Każ borowikom przejrzeć barek - po Kwachu powinno coś zostać, a jak nie to mają skoczyć po czystą.

Gaśnica

Nowy minister edukacji jeszcze dobrze nie zaczął piastować swojego urzędu, a już musiał zostać sprowadzony na ziemię przez premiera. Chodziło oczywiście o "niefortunną" wypowiedź dotyczącą religii wliczanej do średniej ocen na świadectwach szkolnych:

Nie jestem entuzjastą pomysłu, żeby religia była liczona do średniej ocen.

Ostatnio podejrzanie cichy w sprawach politycznych Kościół (widać do tej pory skutecznie obłaskawiany przez obecną władzę) wybuchnął w bardzo mocnych słowach "za pomocą" abpa Sławoja Leszka Głódzia, który raczył pogrozić MINISTROWI laickiego (teoretycznie) państwa:

Jeżeli minister Legutko chce konfliktu i dysharmonii społecznej, to będzie ją miał. Zapowiedź zniesienia religii z listy przedmiotów wliczanych do średniej, bez konsultacji z Kościołem, uważam za arogancję.

Dramat! Jak dla mnie to powyższa wypowiedź jest swoistym wezwaniem do buntu, a co do arogancji to nie wie kto w tym wypadku jest większym arogantem - minister czy przypadkiem arcybiskup. W każdym innym, rządzonym przez przestrzegających słów konstytucji, państwie taka wypowiedź byłaby uznana, jako co najmniej niestosowna i powinna zostać odpowiednio oceniona. Tymczasem jedną wypowiedzią Ryszard Legutko został sprowadzony do poziomu ziemi zarówno przez arcybiskupa, jak i premiera, który pozwolił sobie zmienić decyzję ministra, co pokazało dobitnie ile do powiedzenia w tym rządzie ma minister. Ja bym zrezygnował.

Najważniejsze jest to, że akurat Kościół doskonale orientuje się w bieżącej sytuacji politycznej w Wolsce i wie, że po ostatnich spięciach na linii prezydent, premier vs Tadeusz Rydzyk Kaczyńscy nie mogą sobie pozwolić na widmo dalszej krytyki ich, jako ludzi przy władzy przez "katolików". Za dużo to będzie kosztowało i lepiej "uciszyć" ministra niż pogodzić się z utratą sporej ilości głosów, które z pewnością przejęłyby LPR, Prawica RP czy nawet Platforma. Zresztą na sprzeczki z KK nie idzie nawet, co uważam za bulwersujące, SLD, które "zaledwie" skieruje sprawę do Trybunału Konstytucyjnego, aby ten "zbadał zgodność ustawy z najwyższym prawem" i to bez żadnego komentarza dla narodu. Widać przed potencjalnymi wyborami każdy z polityków stara się BARDZO ważyć słowa, za bardzo.

W Układ układem?

Całkiem niedawno, jakby nam było mało intryg, miało miejsce spotkanie pierwszego najsprawiedliwszego z niesprawiedliwych z pierwszym sprawiedliwym w państwie sprawiedliwości. Obaj sprawiedliwi doszli do sprawiedliwego porozumienia, że najsprawiedliwsze będzie ogłosić nowe wybory, tak aby można było szybko powołać nowy, sprawiedliwy rząd.

Jak ćwierkają wróbelki zamieszkujące wokół Belwederu układ był prosty - "sprawiedliwi teraz" zgodzą się na, jak to pięknie ujęto "plebiscyt", a następni sprawiedliwi zapomną o pomysłach na konstruktywne wotum nieufności tudzież komisję śledczą d/s CBA. Nie wiem jak innym publicystom, ale mi szczególnie rzuciła się w oczy pazerność na wygraną w wyborach i rządzeniu krajem u Donalda Tuska. Myślę, że prezydent zażądał zbyt mało bowiem podgrzewany bardzo korzystnymi wynikami wszelakich sondaży szef Platformy zgodziłby się nawet na beatyfikację Andrzeja Leppera. Skąd my znamy to żądzę?

Po raz kolejny bracia Kaczyńscy po mistrzowsku rozwiązali dosyć trudną sytuację - z jednej strony niemal wszystkie siły w Sejmie chciały dopiec PiSowi przy okazji obrad komisji d/s nieprawidłowości i nieetyczności w działaniach CBA, a z drugie na horyzoncie rysowała się bardzo wyraźnie powyborcza koalicja POLiD. Jednym zaproszeniem, jednej osoby upieczono dwie pieczenie w jednej mikrofalówce (pieczenie na ogniu jest aktualnie passe). Tusk poczuł się Bardzo Ważną Osobą, a LiD na jakiś czas przeszła ochota na romanse z kimś, kto po usłyszeniu obietnicy lizaka odwraca się od reszty piaskownicy, za przeproszeniem, plecami ponieważ chce w samotności skosztować smakołyku.

Z drugiej strony Tusk jeśli, mimo obietnicy danej prezydentowi, jednak milcząco przyzwoli na powstanie KŚ d/s CBA okaże się wyłudzaczem, osobą nie wartą jakichkolwiek porozumień oraz obdarzenia zaufaniem. Czy z kimś takim można się dogadać? Lepiej przeczekać niż godzić się na rolę przystawki, mniejszego brata, na którego zawsze można zwalić odpowiedzialność ("a bo oni nam nie pozwalali"). W tej chwili lewicy parlamentarnej absolutnie na to nie stać!

Przegląd z komentarzami

Nie tylko amatorzy (tacy jak moja skromna osoba) blogują, blogi polityków z pierwszych stron gazet biją ostatnio rekordy popularności. Pierwszym blogerem był, poprawcie mnie jeśli się mylę, Ryszard Czarnecki - wokół jego blogu powstało nawet kilka mitów, z których najpopularniejszym jest to, że ten blog jest zawsze najlepiej poinformowanym źródłem o politycznych ruchach w państwie.

Niestety większość z nich to zwykłe lanie wody. Zdecydowane gro wygląda tak, jakby ktoś kazał biednym politykom pisać wypracowania i rozprawki jako karę za palenie papierosów w niedozwolonych miejscach. Dodatkowo dochodzi do tego zgraja nędznych komentarzy, w których odwiedzający mogą sobie ulżyć na rzecz prowadzącego lub zareklamować swojego sWeEEt bLogUsia!

Zdecydowanie, pod względem treści, wybija się z nich blog byłego premiera Waldemara Pawlaka, który obok niezwykle często aktualizowanej strony domowej, zawiera coś, co pozwala z chęcią do niego wracać. Kolejny dobrym przykładem, jak powinien wyglądać blog prowadzony przez polityka jest dziennik lokalnego, radomskiego radnego Bohdana Karasia. Panowie politycy, przyjrzyjcie się i czerpcie dobre wzorce.

A wracając do naszego ukochanego bagienka to bardzo ciekawą kwestię poruszył, wspomniany wcześniej, premier Pawlak:

Pani poseł J. Szymanek Deresz mówiła o tym, że SLD się ścigało z Platformą, kto pierwszy zgłosi wniosek o rozwiązanie Sejmu, a tymczasem warto zadać pytanie: czy w tej sytuacji, w tych okolicznościach nie należałoby przeprowadzić poważnej rozmowy praktycznie w gronie wszystkich klubów parlamentarnych? Bo wydaje się, że warto sprawę wyjaśnić i warto też sytuację w Polsce ustabilizować.

Celne spostrzeżenie. Zasadniczo może służyć za podsumowanie tego, co pisałem wcześniej we wpisach pod tytułem "Jak nie należy politykować" - chodziło pokrótce o to, że obecna opozycja poza machaniem szabelką nie jest w stanie niczego zaprezentować "od siebie" poza kolejnymi propozycjami na temat "wotum nieufności", "przedterminowe wybory", "spalić ich na stosie". Sęk tylko w tym, czy PiS, jako największa partia w Sejmie będzie chciała usiąść do takich rozmów? Pomysł w każdym razie warty kontynuowania - po przerwie wakacyjnej.

Skoro jesteśmy już przy "znanych i lubianych" to warto odnotować fakt, że bohater najpopularniejszego medium IV RP (chodzi oczywiście o taśmy) Józef Oleksy powrócił do blogowania i od razu napisał bardzo ciekawe zdanie:

Poznałem też aż nadto dobrze grono moich politycznych kolegów.Wyciągnąłem z całego doświadczenia wszystkie wnioski Będę więc od czasu do czasu opisywał swoje spostrzeżenia nie upatrując w tym ani niczego nadzwyczajnego ani też niczego sobie nie zakładając w dalszych zamierzeniach.

A ja się z nim zgadzam, z zażenowaniem oglądałem obłudne wypowiedzi Aleksandra Kwaśniewskiego i Wojciecha Olejniczaka zrównujące Oleksego z poziomem dna i mułu. Jaki jest język polityków każdy wie, a jeśli nie wie to może się domyślać - i nikt mi nie wmówi, że tacy jak Kwaśniewski czy inni ze świecznika mówią "ą i ę" i "bułkę przez bibułkę" prezentując Wersal na każdym kroku, szczególnie przy zakrapianym spotkaniu. Byłemu premierowi się dostało bo była konieczność publicznego potępienia i odcięcia się od polityka, który i tak już mało może. Wstyd.

A.L i S.Ł - czołowi playboye sejmu?

O czym można pisać w tym tygodniu. Na tapecie są aktualnie dwie sprawy: srebrny medal siatkarzy oraz seks-afera z domniemanym udziałem wicepremiera oraz jednego z jego najbardziej zaufanych pretorian - posła Łyżwińskiego.

O ile w ciemne występki p. Łyżwińskiego jeszcze jestem w stanie uwierzyć ponieważ od lat niezliczonych nabija się On z polskiego wymiaru sprawiedliwości, to nie jestem sobie w stanie wyobrazić, że Andrzej Lepper mógłby dopuścić się takiego czynu.

Cała ostatnia nagonka na "przystawki" czyli najpierw atak na MW i co naturalne - LPR, a teraz na Samoobronę wygląda na dobrze skoordynowaną wojnę przeciwko obecnej koalicji. Co ciekawe, przeprowadzaną przez skrajnie odmienne w opiniach (i przy okazji najbardziej opiniotwórcze) ogólnopolskie dzienniki: Gazetę i Dziennik. Czyżby media uznały, że opozycja sejmowa jest za słaba i trzeba wytoczyć najcięższe działa (czyli oczywiście wielkie skandale) żeby dokonać spektakularnego przewrotu w rządzie?

Faktycznie. Platforma jest obecnie zajęta awanturami na własnym podwórku, ewentualnymi podziałami spowodowanymi przez wyrazistego J.M. Rokitę i apodyktycznego z drugiej strony D. Tuska, SLD ostatnio ogranicza się wyłącznie do składania zawiadomień do prokuratury i podchwytywania afer ujawnianych przez media. Nie tak chyba powinna pracować opozycja, co wielokrotnie, całkiem słusznie, podkreślała i robi to nadal "Trybuna". Widać cała para poszła w budowanie LiD zamiast działania na polu ustawodawczym i rzeczowej krytyki rządu.

Bezmyślność warta 1,8 mln PLN

O pośle Józefie Rojku słyszeli już chyba wszyscy - tym, którzy nie wiedzą kto to, spieszę z wyjaśnieniem, że to poseł, który przez nieznajomość przepisów niechcący zamienił mandat posła na mandat radnego. Okazuje się jednak, że pan Rojek z PiS nie osiągnął szczytu bezmyślności - pobiła go na głowę pani senator Elżbieta Gelert (PO), która przez podobną pazerność jak wspomniany wcześniej liczyła na wygraną w wyborach prezydenckich w Elblągu i dodatkowo wystartowała równocześnie na radną, by zdobyć jak najwięcej miejsc w nowej Radzie Miasta. Niestety poległa w pierwszej turze wyborów, ale dostała się do Rady. Tutaj sytuacja niestety nie była tak prosta jak w przypadku posła Rojka, ponieważ oprócz tego, że pani senator straciła mandat senatora to dodatkowo trzeba przeprowadzić wybory dla ok. pól miliona osób, w których wyłoniona zostanie osobą, która obejmie wakujący mandat ziemi elbląskiej. Pikanterii dodaje fakt, że takie wybory będą kosztować ok. 1,8 mln złotych!!!

Szef PO w Elblągu mówi:

Wiem, że nasz przewodniczący Donald Tusk jest na nią wściekły. Nikt nie chciał świadomie narazić społeczeństwa na ogromny wydatek, jakim będą wcześniejsze wybory. Pani senator na pewno przeprosi.

A kto przeprosi budżet? Rażąca niekompetencja proszę pań i panów z PO, nie rozumiem tylko dlaczego dopiero teraz pan Tusk jest wściekły? Czyżby w Platformie każdy sobie sam decydował gdzie będzie posłował bądź senatorował względnie zasiadał w Radzie miasta? Pan Tusk może sobie być wściekły - ale nie dlatego, że pani Elżbieta dostała się do Rady, tylko dlatego, że nie dopilnował wcześniej swoich senatorów.

Dlaczego nie Marcinkiewicz

Dziś Olgierd napisał notkę o tym, dlaczego chciałby zwycięstwa K. Marcinkiewicza w wyborach prezydenta Warszawy. Co prawda w większości kwestii ze wspomnianym się zgadzam, tu jednak zdanie mam odmienne.

Kazimierz Marcinkiewicz jest jedną (jedyną?) z niewielu osób z PiS, które rozpoznaję i szanuję, a może szanowałem. Dlaczego? Otóż większość "zarządu" rządzącej partii wydaje się być odległa, wyniosła i nie ukrywam - nie po mojej linii myślowej. Marcinkiewicz natomiast, jako premier dał się poznać jako otwarty polityk, niebojący się okazywać nastrojów (słynne yes, yes yes), potrafiący zagrać w koszuli i "kantach" w piłkę z młodzieżą czy też wystartować w biegu ulicznym. Poza tym chyba wszyscy podczas zmiany warty na stanowisku premiera żałowali medialnego Kazia na gburowatego Jarosława - nawet opozycja, choć pewnie ciężko im się do tego przyznać. Niestety polityczna złość p. Kazia skończyła się tego jednego dnia, polityczna pewność siebie również. Żal mi było oglądać w czwartek Marcinkiewicza, który wraz z Hanną Gronkiewicz-Waltz i Markiem Borowskim występował u Lisa. Apogeum stłamszenia polityka nastąpiło kiedy Tomasz Lis zapytał o to, czy Lech Kaczyński miał rację zabraniając demonstrantom przejścia ulicami Warszawy - Marcinkiewicz po dłuższym namyśle odparł, że b. prezydent Warszawy miał rację, choć było widać jak nak na dłoni, że toczy wewnętrzną walkę ze sobą.

Dlatego też gdybym był Warszawiakiem nie zagłosowałbym na osobę, która mimo jasnych poglądów boi się je upubliczniać bo pryncypał, być może, stoi i słucha. Myślę, że czasy sterowania z tylnego fotela się już skończyły, niezbyt dobrze dla tych, którzy sterowali oraz również dla tych, którzy byli sterowani. Kaziu! Opamiętaj się.

"Co nam Polakom udało się w 2005"

Przeglądając ulubione blogaski prawicowych pieniaczy trafiłem na arcyciekawy wpis Andrzeja Węgrzyna pt. Rewolucja. Wyżej wspomniany pisze, że:

w 50 rocznicę Rewolucji Węgierskiej solidaryzuje się z narodem Węgierskim w ich walce z rządem Socjalistyczno – Demokratycznym. Wiem, że uda wam się to co nam Polakom udało się zrobić w 2005 roku.

A cóż takiego to się udało nam rok temu? Wybrać przedstawicieli Sejmu, który nie zajmuje się niczym oprócz wojenek podjazdowych, teczkami, szafami i innymi meblami? Który nie potrafi rządzić, kompromituje się na arenie międzynarodowej i zapewnia stanowiska premiera dla osób mających konflikty z prawem oraz reprezentują ksenofobiczne i nacjonalistyczne poglądy, a ministrowie miast pracować dla narodu prowadzą za pomocą swoich stanowisk prywatne kampanie wyborcze na rzecz swoich ugrupowań? Nie bratankowie Madziarzy, nie życzę Wam takiego losu, nikomu zresztą nie życzę.

Dalej kolega Andrzej pisze, że połączone siły wstrętnych lewaków i liberałów:

Nawołują do Nieposłuszeństwa Obywatelskiego czyli de facto do nie płacenia np. podatków, do załamania się struktur państwa.

... do załamania się struktur państwa. Panie Tusk i Olejniczak, opamiętajcie się. Ale zaraz, zaraz. Gdzie któryś z tych panów coś takiego powiedział? A może to kol. Andrzej czegoś nie zrozumiał, albo zrozumiał po swojemu. Niestety taka to przypadłość tej części narodu (która głosowała na obecnych koalicjantów), że jak czegoś się nie rozumie to szuka się spisku, układu względnie "szarej sieci", albo dorabia się własną ideologię, tyle że jedynie słuszną.

Kto nie z Mieciem tego zmieciem

Moralność pana premiera Kaczyńskiego jest zaiste zadziwiająca. Zapytany dlaczego uwypukla rolę Jana Rokity w inwigilacji prawicy skoro rok temu to nie przeszkadzało, co więcej Rokita miał nawet zostać premierem wspólnego rządu PO i PiS odpowiedział:

Ja wówczas mogłem się tylko domyślać, jaką rolę odegrał Rokita. Postanowiłem jednak przyjąć postawę abolicyjno-amnezyjną. Uznałem, że kiedy Platforma opowiada się za IV RP i zmianami w państwie, to znaczy, że trzeba machnąć ręką na dawne sprawy. Ale dziś okazuje się, że ci panowie nie budują IV RP i na dodatek zaciekle bronią III RP. Nie ma więc podstaw do ponownej amnezji i abolicji.

Czyli jasna i prosta sprawa. Jeśli ktoś jest w stanie zaakceptować nasze metody i przystać do nas to jesteśmy mu w stanie wybaczyć wszystko byle nas popierał i walczył przy naszym boku. Możemy wybaczyć kilka wyroków (Andrzej Lepper), zapomnieć o tym, że jakaś partia była (podobno) założona przez służby specjalne (Samoobrona), zastosować abolicjo-amnezje odnosząc się do antysemityzmu i naśladowania faszyzmu (sławne machanie kończynami górnymi członków LPR) itp., itd.

Byle nas popierano, a jak nie... To my ich załatwimy.

Warszawski cyrk objazdowy

W sobotę Warszawa zamieni się w jeden wielki kontener dla propagandy niemal wszystkich opcji politycznych - wyłamali się tylko ludowcy z PSL i populiści z Samoobrony. Na jednej ulicy maszerować będą zwolennicy Platformy, kilka przecznic dalej LPR, a obok Pałacu Kultury i Nauki wiec organizuje PiS. Na wszystko oczywiście zezwolił POPW Kazimierz Marcinkiewicz, przecież nie ma lepszego miejsca na przemarsze jak wiecznie zakorkowana i borykająca się z problemami komunikacyjnymi Warszawa.

Nigdy nie byłem zwolennikiem wszelkiej maści wieców, pochodów i manifestacji, dlatego, że w większości przypadków na czele idą osoby, które chcą się pokazać, a w środku i na końcu - persona, które mają małe pojęcie o co chodzi w tym całym galimatiasie, ale za to znają i przeważnie popierają tych, którzy idą z przodu. Manifestacje te w większości pozbawione są ładu i składu, a to przecież właśnie o to chodzi, żeby w zorganizowany sposób przejść z jednego punktu do drugiego, ZAMANIFESTOWAĆ swoje racje i poglądy, ew. przekazać postulaty osobom, do których kierowana jest manifestacja i spokojnie się rozejść. Tak proszę Szanownych Czytelników, manifestuje się bowiem nie dla tych, którzy nie uczestniczą w pochodzie i mieszkają na trasie przemarszu, nie po to żeby się przylansować w telewizji, ale w celu uzyskania konkretnych korzyści i pokazania (za pomocą tłumu, który idzie z nami), że się nie jest samemu.

Tymczasem widzimy (na przykładzie wiecu przy Stoczni) zgraję emerytów krzyczących "precz z komuną" (bo mało rozumieją, ale tłum robią) czy studentów protestujących przeciwko Giertychowi (nie wiedzieć czemu, przecież to nie ich minister).

Na koniec jeszcze jedna ciekawostka. Kaczyńscy niemal pasjami nienawidzą komuny, socjalizmu, a tymczasem, jak widzimy na załączanych w telewizorze obrazkach, idealnie kopiują ich metody. Przykładem niech będzie wiec poparcia dla rządu przy Stoczni, czy wyżej wspomniany wiec przy PKiN, gdzie lata temu z trybuny przemawiało wielu Sekretarzy...