Krajobraz po (przed) bitwie

Lewica parlamentarna (i ta poza nim) jest w rozsypce - to widzą i wiedzą wszyscy. Wojciech Olejniczak przekonuje cały czas, że do wyborów lepiej było iść "zjednoczonym" niż osobno na "ura!" - co z tego, kiedy krótko po nich mamy sytuację, kto wie, czy nie gorszą.

Warto podsumować co dobrego przyniosło kilka lat rządów "młodych" w SLD. Wypunktujemy:

  • jakoś nic mi nie może przyjść do głowy,
  • dalej nic,
  • może nic takiego nie miało miejsca?

Co w związku z tym? Dlaczego pan Olejniczak, mimo druzgocących ocen, zmarnowanych kilku lat nadal z uporem chce dalej ciągnąć wózek o nazwie SLD idąc po trupach (vide regionalne wybory "baronów")? Może odrobinę samokrytyki panie Przewodniczący. Może należałoby wyciągnąć wnioski z kilkakrotnie gorszych wyników wyborczych niż potrafiła to zapewnić poprzednia (przepraszam za kolokwializm) - zbanowana ekipa? Po co był LiD, dlaczego na plecach SLD do Sejmu dostały się osoby reprezentujące skrajnie różne poglądy i poparcie w granicach błędu statystycznego? Panu już dziękujemy, panie Wojtku.

Kierowana przez p. Wojtka formacja polityczna przypomina w tej chwili odprysk tego, czym powinna się zajmować partia mająca być przeciwwagą dla zdominowanego przez prawicę Parlamentu, a pole do popisu jest spore:

  • komercjalizacja szpitali,
  • ograniczanie praw pracowniczych,
  • podatek liniowy,
  • podsuwanie pomysłów na rozwiązania gospodarcze przez Polską Konfederację Pracodawców Prywatnych "Lewiatan",
  • i wiele, wiele więcej.

A co mamy? Groteskowe wystąpienia pani profesor Senyszyn i odgrażanie się Marka Borowskiego i przedstawienia wystawiane przez demokratów.pl (przepraszam, nie podam nazwisk, bo jakoś mi nie utkwiły w pamięci), wojenki podjazdowe przed wyborem nowego przewodniczącego. Do roboty!

Przyznam, że pod koniec szefowania Sojuszowi przez Leszka Millera myślałem, że gorzej być nie może i poprzez Olejniczaka, Napieralskiego wyjdziemy na prostą - teraz chętnie gromko zawołam, odszczekując: PANIE LESZKU, MYLIŁEM SIĘ.

Uwaga zakręt!

Na lewicy zamęt - zamęt spowodowany zbliżającymi się wyborami nowych władz, ale i również znaczącymi przegrupowaniami wewnątrz, nie tak dawno (podobno) monolitycznego LiD, który na szczęście przeszedł już do historii.

Szkoda tylko, że wskutek walki pomiędzy przewodniczącym Olejniczakiem, a sekretarzem Napieralskim traci na znaczeniu sam przekaz ugrupowań na lewo od PO, o przepraszam - demokratów.pl. Codziennie mamy nowe konferencje, przedstawianie jakichś-tam-kolorowych-ksiąg, a konkretów wciąż brak.

Jak na razie to cały "skręt w lewo" opiera się na atakach skierowanych ku Kościołowi i... To by było chyba na tyle - więcej nie zauważyłem. W tej chwili peleton "lewicy" skręcający w lewo prowadzi Joanna Senyszyn, u której lewicowość objawia się jedynie wspomnianymi wcześniej uwagami nt. konkordatu, roli kościoła i jego finansowaniu. Wczoraj w "Kropce nad i" pani Senyszyn raczyła wypowiedzieć bardzo ciekawe zdanie, które brzmiało mniej więcej tak: "Nasz program w 70% składa się z pomocy socjalnej, aktywizacji bezrobotnych i dbaniu o wykluczonych". To ja pytam w takim razie, o czym mówi pozostałe 30%? Jeśli o Kościele to porównywając częstotliwość wypowiedzi pani profesor o klerze z wywiadami nt. "socjału" to wydaje się, że o tych 70% mówi się w SLD chyba tylko na wewnętrznych, zamkniętych dla elektoratu posiedzeniach względnie w wewnątrzpartyjnej telewizji ponieważ w ogólnodostępnych mediach cisza, jak makiem zasiał.

Podsumowując - samym mówieniem o Kościele wiele SLD nie zyska, śmiem twierdzić, że nawet może stracić. Dodatkowo medialna wojna (tzw. szorstka przyjaźń) między liderami z pewnością nie pomaga - a gwoździem do trumny obecnego SLD jest, wielokrotnie przeze mnie wytykany, brak konkretów, którymi można zdobyć utracony przed laty elektorat.

Kilka lat rządów Olejniczaka z Napieralskim przyniosło lewicy poziom niespotykany jeszcze w III RP - na SLD chce głosować wyłącznie ultra-żelazny elektorat (żelazny już dawno nie chce), który prawdopodobnie tak zagłosowałby również gdy przewodniczącym zostanie wyciągnięty z kapelusza działacz z głębokiego zaplecza, niemający pojęcia o tym co mówi. Według mnie to stan zatrważający, sięgający poniżej dna, tam gdzie metr mułu. Czy znajdzie się osoba, która wymieni chociażby jeden plus działalności obecnej "wierchuszki" SLD czyli panów O. i N.? Jeśli tak, to proszę wpisać w komentarzach.

Co czeka lewicę w najbliższym czasie? Kilkanaście drobnych partyjek (SdPL, Polska Lewica Millera, Celiński z Balickim i Cimoszewiczem, Unia Pracy i szereg frakcji w SLD), które zostaną rozbite w jakichkolwiek wyborach? A może solidny wstrząs w SLD, rozliczenie "twórców" LiD i zabranie się do roboty, tworzenie prawa, wskazywanie że jest coś innego niż prawica?

A o Wojtku, Grzegorzu i Aleksandrze "ekologu" już zapomnijmy. I niech nie wracają.

Szufladka

Wszyscy znają nowy kurs PiS - inteligencja, młodzi - to prawdopodobnie przez te grupy społeczne rządzi dziś Donald, a nie Jarosław. Ostatnia konferencja z udziałem "wybitnych ludzi nauki" zdawała się potwierdzać obrany kierunek. Tym bardziej dziwi (nie tylko mnie) wypowiedź (oczywiście wyrwana z kontekstu) Jarosława Kaczyńskiego na temat przybliżania urn wyborczych dla tych, którym się po prostu nie chce:

Akt głosowania powinien być według mnie czynnością poważną, świadomą, wymagającą pewnej fatygi. Nie jestem entuzjastą tego, żeby sobie młody człowiek siedział przed komputerem, oglądał filmiki, pornografię, pociągał z butelki z piwem i zagłosował, gdy mu przyjdzie na to ochota. Zwolennicy głosowania przez Internet chcą tę powagę odebrać.

Warto zauważyć, że to właśnie ludzie inteligentni i młodzi starają się "wysługiwać" Internetem wszędzie tam, gdzie się da co wyraźnie kłóci się z wizją przyciągnięcia przez PiS wspomnianego elektoratu. Jak to? Czyżby Jarosław Kaczyński widział w Sieci tylko pornografię, a w jej użytkownikach popijających piwko degeneratów? Bardzo ciekawe szufladkowanie znacznej części społeczeństwa. Otóż Panie Prezesie - obiecuję, że jeśli w jakikolwiek sposób przyłoży się Pan do wprowadzenia e-votingu (myślę, że wybory samorządowe byłyby doskonałym "poligonem") to obiecuję mieć podczas głosowania otwartą tylko stronę PKW - piwo odłożę do lodówki, strony z XXX zminimalizuję, a klikać będę na stojąco.

Dalsza część wypowiedzi byłego premiera jest równie ciekawa:

Wiadomo, kto ma przewagę w Internecie i kto się nim posługuje. Tą grupą najłatwiej manipulować, sugerować na kogo ma zagłosować.

Czyli mitycznego układu ciąg dalszy - Internet jest również opanowany przez żelazne macki, które oplatają całą Globalną Wioskę. Co ciekawe agitacja i manipulacja w Internecie jest dla Prezesa czymś nagannym, wartym tępienia, a taka sama - niemniej agresywna kampania prowadzona z ambon jest tym, na co można przymknąć oko, a nawet po cichu tolerować. W skrócie: jeśli nadają na nas - be, mówią zgodnie z linią - cacy.

Osobiście, według mnie to nowy kurs PiS jest tylko pewnego rodzaju makijażem nakładanym przez górę partii aby pozbyć się etykietki "ortodoksyjności" i rozszerzyć swoje wpływy, które mogą się przełożyć na głosy - jednak, jakby to powiedział mój znajomy - "słoma nadal z lakierek wychodzi". Z jednej strony walczymy o głosy nie tylko tych, którzy już nas znają i wychodzimy z otwartymi ramionami na każdego, nawet wcześniej obrażanych wykształciuchów, a z drugiej strony wszystko co nowe, nowoczesne i (chyba) nie do końca zrozumiałe jest by default złe i nie do przyjęcia.

Czy ktoś nad tym panuje?

Korpus Weteranów Wybranych

Jak donoszą dzisiejsze gazety, w Biurze Bezpieczeństwa Narodowego powstaje projekt powołania Korpusu Weteranów Rzeczpospolitej pod patronatem prezydenta. Projekt ten mówi, że tytuł weterana będzie przyznawany przez wspomniane już BBN, a wyróżniony dostanie 200 zł dodatku kombatanckiego miesięcznie oraz darmowe leki, dodatek pogrzebowy, asystę kompanii honorowej na pogrzebie i odznakę weterana, która jeśli będzie noszona w widocznym miejscu, będzie zobowiązywać żołnierzy oraz pozostałych funkcjonariuszy formacji mundurowych do salutowania.

Wszystko pięknie, ładnie - ale gdzie jest haczyk? Otóż okazuje się, żeby otrzymać status weterana trzeba się zlustrować! Jeśli przy tym procesie wyjdzie na przykład, że kandydat na weterana:

"nie uznając zwierzchnictwa Naczelnego Wodza i Rządu RP organizował na terenie ZSRR formacje wojskowe złożone z obywateli polskich"

to może się pożegnać z honorami przysługującymi weteranowi. Natomiast w przypadku, gdy kandydat był osobą:

"pełniąca służbę w formacjach podziemnych lub organizacjach podległych Polskiej Partii Robotniczej"

... to również zostanie wykluczony z grona kandydatów. O co więc chodzi? Ano o to, że Prezydent raczy starannie selekcjonować osoby, które walczyły "słusznie" o wyzwolenie Polski spod jarzma hitlerowskiej okupacji. Jak bowiem inaczej, niż dyskryminacją, nazwać wykluczenie "lekką ręką" setek tysięcy żołnierzy Gwardii Ludowej, Armii Ludowej względnie Batalionów Chłopskich? Oczywistą oczywistością jest również to, że nie zostanie uwzględniona większość żołnierzy, którzy przeszli szlak od Lenino do Berlina - bo, wg Prezydenta, "źle walczyli" - czyżby nie po tej stronie co potrzeba?

Czy naprawdę w czasie okupacji można sobie było "o tak" wybrać organizację? Czy były ogólnodostępne "punkty zborne" gdzie człowiek mógł sobie zadecydować czy będzie walczył w barwach AL czy AK? Szło się i walczyło po prostu z okupantem - dla Polski.

Okazuje się, że nie tylko Jarosław Kaczyński potrafi dzielić na "tych co stoją tu" oraz "tamtych, którzy stoją gdzie ZOMO" - Prezydent nie jest Prezydentem wszystkich polaków - tylko tych, których uważa za wartych tego. Tylko kto mu takie pomysły "sufluje"?

Pod publiczkę

Dyżurnym tematem ostatnich dni jest wojna między tak zwanymi "Małym Pałacem", a "Dużym Pałacem" - w skrócie: między rządem, a Lechem Kaczyńskim.

Kulminacją tej mini-wojny (a może sprzeczki?) była absencja Radosława Sikorskiego na spotkaniu z prezydentem. Prezydent, a dokładnie jego otoczenie, był ogromnie oburzony, że minister nie raczył się stawić na jego zaproszenie, a minister nie widzi w tym nic niestosownego. W związku z tą sprawą mieliśmy już dziesiątki wystąpień i komentarzy z obu stron, jaki to prezydent jest obrażony, a minister krnąbrny. Co więcej - największe oburzenie kipi nie od samego Lecha Kaczyńskiego, a z ust jego świty.

Według mnie to nigdzie nie jest zapisane, że ktokolwiek MUSI się stawiać, kiedy wzywa (a może zaprasza?) go Głowa Państwa, a tym bardziej jeśli jest to członek rządu. Sprawa jest nadmiernie rozdmuchana, a głównymi bohaterami nie są ci, którzy powinni. Otóż wydaje się, że winnymi są sekretariaty obu skłóconych panów.

Po pierwsze Kancelaria Prezydenta przed zaproszeniem członka rządu (szczególnie teraz, gdy praktycznie rząd jeszcze nie zaczął rządzić tylko się "rozgrzewa") powinna wystosować pismo z zapytaniem o wolne terminy z dopiskiem, że (prawdopodobnie) chodzi o pilną sprawę. Gabinet Ministra powinien odpowiedzieć, po konsultacji z szefem (przecież chodzi nie o spotkanie z byle kim), że można się spotkać tego, a tego, o tej i o tamtej. I po co było tyle szumu?

Po drugie wydaje się, że Kancelaria Prezydenta jest bardzo słabo poinformowana, skoro nie wiedziała o posiedzeniu rządu, którym to Radosław Sikorski tłumaczył absencje na wizycie z prezydentem. Albo może nie chciała o nim wiedzieć, aby mieć powód do szerzenia opinii jakoby ministrowie nowego rządu mają w głębokim poważaniu prezydenta?

A po trzecie bardzo mi się spodobało skwitowanie całej sytuacji przez Bronisława Komorowskiego:

"Minister rządu nie jest chłopcem na posyłki."

Czyżby z jednej strony prezydent pokazywał, że rząd nie będzie miał z nim łatwo, a z drugiej - rząd wyraźnie wskazuje, że nie zgodzi się na zwiększanie roli prezydenta?

Karta z dużym limitem wydatków

Takiego kredytu zaufania, jak ma obecnie Donald Tusk i jego ministrowie nie miała do tej pory żadna ekipa rządząca Krajem nad Wisłą zwanym jeszcze do niedawna "Wolską". Przychylna prasa i telewizja (czym z pewnością nie mógł się pochwalić poprzedni rząd), rozentuzjazmowany naród - także i ten na emigracji, nawet gwiazdka młodzieżowej popkultury zwana Dodą zaśpiewała specjalnie dla premiera w jednym z najpopularniejszych programów publicystycznych. Tego jeszcze nie było i... prawdopodobnie więcej nie będzie. To właśnie ten rząd ma według mnie najtrudniejsze zadanie przed sobą - udowodnić milionom polaków, że rekordowa frekwencja wyborcza (przez niektórych nawet porównywana ze zrywami powstańczymi) potrafi coś zmienić. Oczywiście na lepsze.

Śmiem twierdzić, że jeśli końcowa ocena dokonań tego rządu będzie negatywna to przy następnych wyborach komisje wyborcze będą solidnie ziewać bo nie będzie komu rozdawać kart do głosowania, a frekwencja nie przekroczy 35%.

Początek nowy rząd będzie miał z pewnością niełatwy, a tejże sytuacji z pewnością nie poprawił styl, w jakim Jarosław Kaczyński oddał władzę Donaldowi Tuskowi – nawet bez podania ręki i poprzez wicepremiera - listownie. Ministrowie w większości przypadków wkraczali sami do przyszłych miejsc pracy ponieważ ich poprzednicy z (niechętnie) ustępującej ekipy nie uznali za stosowne przekazać im obowiązków, ani chociażby życzyć powodzenia. To drobne, ale przykre prztyczki dla tych, w których cała nadzieja.

Kolejną bombą z tykającym mechanizmem jest z pewnością "nocna zmiana" miejsca zamieszkania kopalni haków na każdego polityka czyli archiwów WSI. PiS wie, że bitwę (pewnie i wojnę) przegrał, ale za pomocą "przypadkowo" wyciekających dokumentów ma zamiar prowadzić walkę partyzancką z rządem oczerniając wybrane osoby w najmniej spodziewanych momentach.

Good, Bad and the Ugly

W komentarzach do poprzedniego wpisu wywiązała się ciekawa dyskusja na temat zachowania prezydenta w momencie, kiedy rządzić będzie opcja, która - delikatnie mówiąc - nie popiera jego urzędu.

Piotr Pyclik raczył stwierdzić, że prezydent może (powinien) się radzić osób, którym ufa - to prawda, nie można bowiem polegać na opinii "byle kogo". Media natomiast serwują nam pierwsze symptomy polityki kadrowej Lecha Kaczyńskiego - otóż popierany przez PiS w poprzedniej kadencji Bogdan Borusewicz nagle stracił zaufanie prezydenta i został odwołany z Rady Bezpieczeństwa Narodowego, organu doradczego przy Prezydencie RP. No cóż łaska pańska na pstrym koniu jeździ - kto nie jest z nami jest przeciwko nam, taką maksymę widać wyznaje się w Pałacu Prezydenckim. Warto dodać, kto m.in. obecnie zasiada w RBN: Ludwik Dorn, Anna Fotyga, Aleksander Szczygło - raczej nie są to przedstawiciele wszelkich opcji. Poprzedni prezydent nie wzdragał się specjalnie przed powoływaniem do Rady polityków z opcji, która nie była tą, która wyniosła go na najwyższy urząd w Państwie - jak będzie teraz?

Kolejną osobą, która straciła zaufanie, i to w takim stopniu, że przyszłemu premierowi oferuje się nawet kwity, jest Radosław Sikorski. Mówi się o jego nieprofesjonalizmie (szczególnie w transakcjach z uwielbianymi przez premiera i prezydenta Stanami Zjednoczonymi), podejrzanych kontaktach w Wielkiej Brytanii oraz snobizmie polegającym na ceremonialnym piciu herbaty. Szczerze mówiąc, to żadnych konkretów nie znamy (i pewnie nie poznamy bo to tajemnica państwowa), a prezydent zachowuje się jak porzucony kolega, który po zakończeniu przyjaźni opowiada reszcie znajomego towarzystwa, że tamten gość to i tak był głupi, oszukiwał w kartach, a z papierosów to najlepiej smakowały mu "cudzesy". Przykre, co prawda Sikorski ideałem nie jest i był - na jego konto można zapisać np. zbyt długie tolerowanie Macierewicza, jako osoby, która pełni jakąkolwiek funkcję, ale w porównaniu ze swoim następcą jest brylantem!

Poza głównym tematem warto dodać, że dziś przypada 147 rocznica urodzin znanego polskiego socjalisty - Marcina Kasprzaka.

Back to life. Ale co to za życie...

Po ponadtygodniowej żałobie, chronicznym bólu gardła, zdezorientowaniu (niepotrzebne skreślić) prezydent raczył przypomnieć o swojej obecności - prawdopodobnie dlatego, że Donald Tusk (premier trochę z Gdańska, a po części z Warszawy) zdobył się wreszcie na przeprosiny. Przeprosiny za, szczerze mówiąc, nie wiadomo co - wieść gminna niesie, że za nadmierne używanie zwrotu "bracia Kaczyńscy", ale to w sumie dobrze, że naburmuszanie Pałacu Prezydenckiego wreszcie będzie miało powód do zakończenia tej komedii. Co prawda niektórzy (niektórzy = Joachim Brudziński) stwierdzili, że przyszły szef rządu ŹLE PRZEPROSIŁ i takie przeprosiny się nie liczą, ale "ten pan już nie rządzi" więc Jego słowa możemy śmiało potraktować jako mało wiążące. Widać nową świecką tradycją przed zaprzysiężeniem na urząd premiera stanie się przepraszanie - nieważne za co, przepraszać prezydenta trzeba (nie dotyczy sytuacji, kiedy premierem ma zostać polityk PiS).

Jeśli chodzi o moje spostrzeżenia to w kwestii znieważania i obraźliwej kampanii akurat PiS prowadziło do samego końca - ale co tam. Przecież już po sprawie. Źle się natomiast dzieje, że głowa blisko czterdziestomilionowego państwa, członka Wspólnoty Europejskiej stroi fochy, bo wygrała nie ta opcja, co potrzeba, czym umacnia swój wizerunek, jako prezydenta "tego narodu, który stoi tutaj" - bo ci, którzy wygrali pewnie są z ZOMO, a na dodatek pewnie i z Wehrmachtu.

A w ogóle to według mnie wszelkie pomówienia o naburmuszenie się Lecha Kaczyńskiego są grubo przesadzone - najprawdopodobniej od dnia ogłoszenia wyników wyborów prezydent był zajęty przygotowywaniem uniwersalnego druku do wetowania ustaw składanych przez przyszły rząd. Takiego gotowca, w którym sekretarka będzie wstawiać tylko nazwę ustawy - resztę załatwi automatyka.

Wszystko w porządku. Najlepszym.

Po dawno już obiecanym "odejściu" (miejmy nadzieję, że tym razem definitywnym) Aleksandra Kwaśniewskiego powoli rośnie napięcie w LiD - nawet mimo oficjalnego, jeśli za oficjalny można uznać wpis na blogu, dementi Marka Borowskiego. "Twarz kampanii" usunęła się z widoku więc powoli zaczyna pękać spinacz, który trzymał do tej pory koalicyjny komitet wyborczy - zobaczymy ile wytrzyma.

Tak, jak przewidywałem wcześniej tylko osoba byłego prezydenta gwarantowała "jako-takie" stosunki pomiędzy SLD, PD i SdPL - gdy jej zabrakło tarcia zaczynają się już przy pierwszej nadarzającej się okazji. A o co poszło? Otóż o podział ról w nowej kadencji.

Twór o nazwie "Komitet Porozumiewawczy LiD" ogłosił bowiem, że reprezentacja LiD będzie wyglądała następująco: Olejniczak – jako przewodniczący, Borowski i Lis – v-ce przewodniczący, a Jerzy Szmajdziński zostanie wicemarszałkiem. Pierwszy sygnał, że coś tu jest nie tak dał ugodowy zazwyczaj Ryszard Kalisz, który stwierdził (zresztą całkiem słusznie), że:

Kandydata Sojuszu do Prezydium Sejmu powinien najpierw rekomendować Zarząd Krajowy partii, a dopiero potem rekomendacja taka powinna być zatwierdzona przez Komitet Porozumiewawczy Lewicy i Demokratów.

A co mieliśmy? Klika Starszych Panów za plecami członków (ładne parę tysięcy osób) zarządziła sobie, że Wojtuś będzie tu, renegat Marek tam, a przedstawiciel 1-osobowej (słownie: jednoosobowej) reprezentacji PD w parlamencie Boguś będzie też na stołku. Nie dziwię się zwyczajowo spokojnemu Kaliszowi, że coś w nim pękło - mi też się scyzoryk w kieszeni otwiera.

Wygląda na to, że mamy kilka wariantów sytuacji:

  1. Olejniczak został zakrzyczany przez bardziej doświadczonego Borowskiego i starszego Lisa; następuje powolna marginalizacja Olejniczaka, a co za tym idzie SLD,
  2. Kwaśniewski, jak rasowy polityk z kilkunastoletnim stażem już na początku kampanii rozdał (znaczone) karty, a to co się teraz dzieje było przewidziane już dawno.

Obydwa powyższe punkty prowadzą do jednego wniosku. Ktoś (guess who?) uznał, że dotychczasowa idea SLD się wyczerpała i trzeba spróbować czegoś innego - do czego to doprowadziło widzieliśmy oglądając wyniki wyborów - osiągnięty rezultat nie wypada nazwać inaczej niż klęską. A czy ktoś pomyślał o rozliczeniu winnych tej porażki?

Po co, SdPL jest ponownie w sejmie, PD ma szansę (miejmy nadzieję, że nikłą) na wybicie się powyżej kanapy, a Wojtek będzie przewodniczącym klubu. Wszystko pięknie i ładnie.

Dość tego panowie!

Nowe rozdanie

Najważniejsze wydarzenie polityczne mamy już za sobą. Niestety, tak jak przewidywałem, Jarosław Kaczyński wraz z całą swoją (podkreślam swoją!) partią pokazał, że przegrywać nie potrafi. Zaraz po ogłoszeniu wstępnych sondaży z rozbrajającą szczerością przyznał, że porażki upatruje w atakującym go szerokim froncie mediów, które "nie pozwalały spokojnie rządzić". Cóż, myślałem, że w ten smutny dla niego niedzielny wybór zdobędzie się na odrobinę refleksji bądź samokrytyki. Nastrój PiS najlepiej podsumowała jedna z uczestniczek wyborczego spotkania nazywając warszawiaków zwykłą hołotą. Nic dodać, nic ująć - przytoczę tylko powiedzonko, które jest wpajane już w przedszkolu: "Kto się przezywa, tak samo się nazywa".

PiS przegrał przez swoją arogancję, napastliwość, dzielenie Polski na lepszą i gorszą (przeciwności typu my i ZOMO) oraz upartą pewność siebie, że należy robić to co się uważa nie licząc się z opinią publiczną - nawet po trupach.

Wynik LiD raczej potwierdził moje wcześniejsze wywody dotyczące dużej pomyłki, jeśli chodzi o powierzenie Aleksandrowi Kwaśniewskiemu roli twarzy kampanii wyborczej - niewiele bowiem brakowało aby lepszy wynik osiągnęło PSL, które nie brało udziału w żadnej z trzech, szeroko nagłaśnianych, debat. To powinno dać dużo do myślenia w siedzibie SLD - moje zdanie się nie zmieniło: trzeba rozwiązać w cholerę cały LiD i przekonać do siebie utracony elektorat lewicowy, który z niesmakiem patrzył na romanse z Partią Demokratyczną. Wystarczy popatrzyć ile mandatów zdobyli przedstawiciele demokratów.pl startujący z list LiD.

Najbardziej pozytywnym sygnałem, który doszedł do nas z PKW jest fakt, że przynajmniej przez kilka lat parlament uwolnił się od wymachujących szabelką komediantów z Samoobrony i LPR - miejmy nadzieję, że ich roli nie przejmie PiS.

No nie można

Zastanawiam się jak głęboko może się pogrążyć Aleksander Kwaśniewski. W opowieści o filipińskiej chorobie nie wierzy chyba nawet on sam przez co stawia w niemalże beznadziejnej sytuacji swoich towarzyszy w kampanii - zamiast o programie muszą odpowiadać na coraz bardziej niewybredne pytania ze strony, już nie tylko oponentów, ale również i dziennikarzy. Od początku byłem zdania, że były prezydent nie powinien się mieszać do obecnej polityki jako osoba będąca "na świeczniku" - po co się rozmieniać na drobne, szczególnie, że jako prezydent miał notowania, o których żaden z obecnych polityków marzyć nie może.

Jak mówiłem tak się niestety stało. Już pomysł z zawiązaniem LiD był według mnie wybitnie nie trafiony, próba cywilizowania, jak to nazywają SLD, "postkomunistów" ludźmi mającymi duży wkład w budowanie opozycji demokratycznej od początku była skazana na niepowodzenie. Do tego doszły liczne wpadki desygnowanego na premiera Kwaśniewskiego - wiadome było, że to właśnie on będzie najbardziej bacznie obserwowany. Że to jego wystąpienia będą najostrzej krytykowane. Nie - ambicja wygrała, a efekty dla lewicy widzimy gołym okiem. Taka sytuacja niezmiernie ułatwiła - niestety - kampanię PiS i PO. Czy tego chcieliśmy?

Paradoksalnie najlepszym głosem dla lewicy w tych wyborach będzie oddanie głosu na kogoś innego. Przy obecnej sytuacji politycznej widać, że prawdopodobnie żadnej ze zwycięskich partii nie uda się zbudować trwałej koalicji na cztery lata. Prawdopodobnie również czekają nas kolejne wybory - za rok lub dwa. Klęska, czy nawet słaby wynik wyborczy LiD wskaże wszystkim drogę - rezygnacja z Kwaśniewskiego, koniec współpracy z "przeklętymi" z demokratów.pl oraz wskazanie należnego miejsca Markowi Borowskiemu z SdPL. Prawdopodobnie wtedy SLD odzyska utraconą część elektoratu, który nie uznaje wspomnianych za wartych firmowania swoimi głosami. Na przykład mnie.

Twarz do bicia

Kolejny tydzień - kolejna niedyspozycja "przyszłego premiera". To powoli staje się monotonne, sam powoli zastanawiam się jaką taktykę zastosują wkrótce LiD, bo na dłuższą metę takie "występy" chyba nie przejdą.

Pierwszy sygnał dał wczoraj Marek Borowski na swoim blogu pisząc:

Wystąpienie Kwaśniewskiego w Szczecinie. Merytorycznie trafne (analiza "silnego państwa" Kaczyńskich), fragmentami mocne, wizerunkowo niestety nienajlepsze. Szkoda.

Trzymam się swojej opinii o tym, że Kwaśniewski, jako twarz lewicy, robi wiele więcej złego dla koalicji niż można dopatrzeć się plusów. Najpierw goleń później "kilka lampek", a w Szczecinie prezydent przyznał, że od kilku miesięcy bierze "bardzo silne leki". Kontynuując - kto wiedząc, że jest poważnie chory (zakładam, że to prawda) wystawia się na pierwszą linię w najbardziej brutalnym procederze, jakim jest kampania wyborcza. Myślę, że najbardziej na tym straci wynik, który uzyskają LiD i wyborcy, którzy mimo najpoważniejszych wpadek jednak zagłosują na lewą stronę.

Żal patrzeć, kiedy w każdej konfrontacji i debacie dyżurnym, pierwszym tematem są pytania o "samopoczuciu" Aleksandra Kwaśniewskiego. Przeciwnicy LiD biją w byłego prezydenta, jak w bęben czemu nie można się dziwić ponieważ jest to bardzo "wdzięczny" temat na kampanię, szczególnie w naszych, polskich warunkach. Panowie Olejniczak, Borowski, Szmajdziński - czy było warto!!? Co dała Wam koalicja z kanapowymi oldtimerami z demokratów.pl - ucywilizowanie tzw. "postkomuny" ludźmi z "etosu", którzy za waszymi plecami tak naprawdę Wami gardzą i jesteście dla nich drabinką, po której mogą się wspiąć na szczyt, z którego zrzucił ich naród w kilku kolejnych referendach? Źle się dzieje w państwie duńskim.

Czy tak wszystko miało wyglądać?

Ostatnio rozmawiałem ze znajomymi na temat polityki zagranicznej poprzedniego rządu oraz obecnej sytuacji. Owi znajomi byli zatwardziałymi zwolennikami aktualnego kursu w stosunkach z naszymi sąsiadami i innymi państwami, z którymi utrzymujemy relacje dyplomatyczne. Skoro byli zwolennikami PiS to oczywiście bardzo im się podobał sposób w jaki prowadzimy negocjacje - twardo, nieustępliwie i z pozycji silnego państwa. "Nikt nam nie będzie pluł w twarz, jak za Kwaśniewskiego, który wiecznie się uśmiechał i potakiwał na około". "Jesteśmy jednym z największych krajów Unii, trzeba się z nami liczyć!" - takie zdania słyszałem co chwilę.

Jednak nawet i moi znajomi zwolennicy Anny Fotygi bardzo byli zdziwieni incydentem z wysłannikami OBWE, którym delikatnie odmówiono prawa do obserwowania nadchodzących wyborów parlamentarnych. A ja wcale. Wiedziałem, że cała ta nagonka to kolejny przykład "machania szabelką" przez naszych sarmatów w rządzie. Pokrzyczą, pogrożą, a przecież i tak wpuszczą i pozwolą obserwować - tego, podejrzewam, Unia by nam już nie wybaczyła i miarka by się przebrała. Ileż można grać na nerwach nieprzywykłym do tego typu wynaturzeń sąsiadom. Zauważcie drodzy czytelnicy Czarnobiauej, że wszystkie awantury i "stawianie na swoim" uskuteczniane przez Annę Fotygę i jej "sterownika" - prezydenta zasadniczo nie skończyły się niczym konkretnym. To, co chciały przeforsować kraje Unii i tak przepchnięto, a to czym straszyła Polska - okazało się właśnie przysłowiową szabelką.

Czy tak właśnie ma wyglądać nasze "stawianie na swoim"? Pogrozimy, podenerwujemy - a na koniec i tak przyznamy rację? Tylko po to, aby pokazać wyborcom, że "my sobie w twarz nie damy napluć!"? Przychylam się również do stwierdzenia niektórych polityków, którzy twierdzą, że gdyby kilka lat temu rządził PiS to prawdopodobnie do tej pory Polski nie byłoby w Unii Europejskiej.

Autopromocja

Wczorajsza debata, reklamowana jako starcie III z IV RP wypadła bardzo blado. Przypominała nieco kiepski teleturniej tylko, że zamiast Ibisza wystąpił szef TVP - Andrzej Urbański.

Rację mieli Ci, którzy jako jedyny powód zwołania tego "wielkiego show" podawali chęć odsunięcia na boczny tor Donalda Tuska i PO. Każdy z dwójki polityków nie zabłysnął niczym konkretnym: Kwaśniewski był tradycyjnie odprężony, łatwo formułował riposty i nie rozsiewał nadmiernej demagogii, Kaczyński, jako wciąż urzędujący premier, chwalił się "osiągnięciami" rządu, sprawnie operował liczbami i wskaźnikami - nic nowego!

Oczywiście każdy zwolennik obu opcji twierdzi, że zdecydowanie na punkty wygrał ich kandydat - no właśnie. Nikt nie mówi o nokaucie, zdeklasowaniu przeciwnika czy też kompromitacji, najlepiej ilustruje to wczorajszy pojedynek. Obaj rozmówcy powiedzieli to, co mieli powiedzieć, bez specjalnych ataków i personalnych wycieczek, wydaje się, że nie tylko pytania były uzgodnione między sztabami wyborczymi, a również i odpowiedzi.

Nie było mowy o drażliwych tematach, atakowaniu poniżej pasa względnie docinkach pod publiczkę - wszystko starannie wyreżyserowane. Kwaśniewski zmarnował wielką szansę, aby zaskoczyć Kaczyńskiego i wyłamać się z ram, które narzucili mu organizatorzy programu. Były prezydent cały czas zapomina, że nie jest cały czas "byłym preziem", któremu nie wypada być stronniczym i w związku z tym jest... po prostu nijaki - A TO ON miał być lokomotywą kampanii LiD.

W debacie remis, dla lewicy kolejna zmarnowana szansa na promocję.

Nu! mołodiec!

Wczorajszy "występ" byłego prezydenta, przewodniczącego rady programowej LiD wyraźnie pociągnie w dół notowania Lewicy i Demokratów i to na samym początku kampanii, która prawdopodobnie przejdzie do historii jako najbardziej zajadła obfitująca w chwyty poniżej pasa.

Osoba, która jest twarzą eksportową ugrupowania, które (jako kolejne zresztą) obiecuje odnowę moralną po raz kolejny pisze scenariusz wyborczy dla swoich przeciwników, daje im argumenty - wręcz pomaga. Vanity Fair, odczyt na Ukrainie - co będzie następne? Otóż następne będzie ogłoszenie komitetu LiD, że Aleksander Kwaśniewski będzie kandydatem tego ugrupowania na premiera. Brak mi słów.

Czy Kwaśniewski ma tyle silną pozycję w środowisku parlamentarnej lewicy, że ujdzie mu na sucho każdy wygłup - umówmy się, że ostatnie wpadki byłego prezydenta wypełniają całkowicie znamiona takiego określenia. Nawet zawsze elokwentny Ryszard Kalisz, którego darzę ogromną sympatią, nie ma ostatnio specjalnie argumentów na obronę swojego szefa - to już coś znaczy. Czyżby do trzech razy sztuka?

Jako deser na weekend proponuję humorystyczno-prześmiewczy felieton Jana Lityńskiego (dla nieznających tematu - jednego z szefów LiD) pt. "Konstytucja SLD - było strasznie jest śmiesznie". Kilka cytatów:

"SLD-owski tekst jest pełen pompatycznego pustosłowia."

"Przyświecający z oddali twórcom Konstytucji Karol Marks stwierdził kiedyś, że historia się powtarza. Pierwszy raz występuje jako tragedia drugi raz jako farsa."

"Samo porównanie deklaracji programowej przyjętej przez Komisję Programowa Lid-u i Konstytucji SLD ukazuje ogromną rozbieżność w myśleniu programowym."

"Jednak Konstytucja SLD to zawoalowana rehabilitacja PRL-u i narzuconego Polsce systemu. I tego nie można zaakceptować."

I uwaga:

"Tekst ten napisałem, przed powstaniem Komisji Programowej LiD-u. Zwracaliśmy wówczas uwagę, że proponowana Konstytucja SLD niezwykle utrudnia, mówiąc delikatnie, współprace programowa."

Klika uczestników kanapowej partii szczycąca się ogólną liczbą członków i sympatyków nieprzekraczającą liczebności pierwszego lepszego koła SLD w powiatowym mieście zwraca uwagę, że Konstytucja SLD "mówiąc delikatnie" 'IM UTRUDNIA... Pozostawię to bez komentarza.

Sam nie wiem co mam napisać

Dziś Leszek Miller ogłosił, że będzie startować z listy wyborczej Samoobrony do Sejmu. Na konferencji prasowej powiedział:

- To partia dla ludzi, którzy nie chcą lewicy wystraszonej i niesamodzielnej. (...)
- Nowa partia rodzi się spontanicznie, z odruchu serca. Chcę budować formację, która nie będzie wiecznie przepraszać za PRL, która nie będzie się go wstydzić. Chcę powiedzieć ludziom: Nie musicie się wstydzić własnych życiorysów. Pracowaliście dla legalnego państwa, a obecni szaleńcy chcą to państwo zdelegalizować.

Nie wierzę. W tym MUSI być jakiś plan. Nie wierzę, że Leszek Miller chce "zadawać się" z politykami pokroju Leppera, Filipka czy też Wrzodaka. Czy aż tak pała chęcią zmierzenia się z Wojciechem Olejniczakiem, że zdecydował się na mariaż wyborczy z Samoobroną? Czy człowiek, który podpisywał traktat akcesyjny, jeden z najważniejszych dokumentów w historii Polski może chcieć mieć cokolwiek wspólnego z partią, w której wiodącą rolę odgrywał jeszcze niedawno skompromitowany poseł Łyżwiński? Wolałbym się odsunąć na zawsze od polityki niż korzystać z życzliwości Andrzeja Leppera.

Panie Leszku, dlaczego?

Dzisiaj na Radzie niewesoła nowina

...dla Leszka Millera. Zgodnie z wszelkimi przewidywaniami Rada Krajowa SLD nie zatwierdziła kandydatury Leszka Millera na liście wyborczej koalicji Lewicy i Demokratów. Tak, jak przypuszczałem były premier zrezygnował z członkostwa w SLD, w partii, którą sam tworzył i która pod jego rządami zdobyła najwyższe w historii poparcie w wyborach parlamentarnych - tym bardziej bolesna musiała być ta decyzja.

Podejrzewam, że jeszcze bardziej zawiedzeni od Millera są wojewódzcy działacze SLD, którzy stanęli murem za swoim kandydatem i niestety się okazało się, że mają zbyt mało do powiedzenia. Jak zwykle "teren" pozostał z tyłu, przydaje się do zbierania składek i po dzisiejszych decyzjach nic się nie zmieniło. Co prawda nie słychać żeby akurat w Łodzi na listy zostali wpisani (jak to się ma zdarzyć na śląsku) tzw. "spadochroniarze", dla których miejsca nie starczyło na listach w ważniejszych miejscach, ale pomruk niezadowolenia daje się wyczuć, a to nie wróży dobrze LiDowi. Najgorzej wygląda sprawa podziału miejsc między koalicjantów czyli w szczególności między SdPL, Demokratami i SLD. Podejrzewam, że lokalni działacze SLD najbardziej rozgoryczeni będą (w zasadzie już powinni być, bo listy zostały zatwierdzone) faktem, że to SLD jest w sejmie, to SLD ma pieniądze i tylko SLD zdobyło dostateczne poparcie narodu, a na listach LiD często wyżej są umieszczani działacze koalicjantów, którzy albo opuścili Sojusz w jego trudnych momentach (Borowski, Nałęcz) czy całkiem niedawno publicznie rozgłaszali, że postkomunistów porozwieszaliby po okolicznych słupach telefonicznych (Lityński). Smutne, że wszyscy tańczą jak im (prawdopodobnie) Aleksander Kwaśniewski zagra.

Mnie najbardziej rozbawił sondaż, w którym 54% respondentów odpowiedziało, że "zdecydowanie nie życzą sobie aby Miller kandydował z listy LiD", jestem bardzo ciekawy metodologii tego badania, a w szczególności czy te 500 ankietowanych osób było np. z Łodzi czy może z całej Polski, a może wszyscy byli z np. Słupska (przypomnę, że przy wyborze posła nie głosuje na jedną listę nazwisk cała Polska)? Warto dodać, że sondaż był przeprowadzony dla Rzeczpospolitej, która oczywiście zatriumfowała informując, że tylko 4% badanych stwierdziło, że były premier powinien "zdecydowanie kandydować". Jak widać manipulacje zdarzają się również "poważnym" tytułom i tak opluwana Wyborcza nie jest wyjątkiem. Tak na marginesie dodam, że podawanie wyników sondaży bez prezentowania ich metodologii jest równie opiniodawcze jak np. oskarżenie o kradzież Jana Kowalskiego nie precyzując, o którego Kowalskiego chodzi - a jest ich tysiące.

Switch (kolegaOlka) { }

Jako, że powoli rozpędza się machina wyborcza wszyscy politycy odkryli w sobie nieograniczone pokłady energii i starają się pokazywać we wszelkich możliwych mediach oraz na co większych imprezach względnie konwentach. Doskonałym tego przykładem był premier, który wczoraj, mimo z pewnością ogromu obowiązków, odwiedził Finlandię aby kibicować naszej reprezentacji podczas walki o punkty eliminacji Mistrzostw Europy.

Aktywność zaczęła się również przekładać na blogi, które do tej pory świeciły pustkami lub nie było ich wcale. Z blogiem wystartował również Wojtek (jak każe siebie tytułować na blogu) Olejniczak, który produkuje taśmowo wpisy właśnie od 7 września. Przeglądając te wpisy natrafiłem na bardzo ciekawy wywód dlaczego to Leszek Miller nie będzie zasiadać w nowej kadencji sejmu z poparcia LiD. Otóż lider SLD pisze, że:

Otóż więc Panie Premierze – chcę, by to zabrzmiało z pełną atencją wobec Leszka Millera – czas na zmiany. Wszak to między innymi Pan lansował tezę, że w polskiej polityce musi nadejść poważna zmiana pokoleniowa. I ona właśnie nadchodzi, staje się – na Pańskich i moich oczach.

To ja przepraszam, czy np. (z całym szacunkiem dla Nich) panowie Szmajdziński, Zemke, Iwiński i Martyniuk, Borowski i Nałęcz oraz Lityński i Geremek nie nadają się do "zmiany pokoleniowej"? Dlaczego Olejniczak nie powie wprost, że to Aleksander Kwaśniewski zadecydował o tym, że Miller, mimo poparcia łódzkiego SLD miejsca na listach mieć nie będzie? Niech pan przewodniczący Sojuszu Lewicy Demokratycznej wreszcie zdobędzie się na "ujawnienie prawdy" kto tak naprawdę podejmuje ostateczne decyzje w LiD?

Panie Wojtku proszę się obudzić, bo w pewnym momencie może się okazać, że pan również podpadnie pod "zmianę pokoleniową", kiedy Aleksander Kwaśniewski uzna, że pana czas się skończył. Były prezydent nie jest rycerzem na białym koniu, który nagle przybył aby zbawić polską lewicę - czy nikt do tej pory tego nie zauważył? Na razie widzimy człowieka, który po skończeniu dwóch kadencji na najwyższym urzędzie nagle uznał, że jeszcze potrafi - tylko, że niespecjalnie mu to wychodzi. Dla SLD demokraci.pl są potrzebni do "uczłowieczenia" wizerunku postkomunistów, po których można jeździć jako sprawców wszelkiego zła, a dla zmarginalizowanych demokratów SLD jest jedynym lewarem, który może wyciągnąć tą kanapową partię do poziomów pozwalających na zajęcie miejsca w sejmowych ławach. Tylko co poza tym mają wspólnego te dwa ugrupowania? Śpieszę z odpowiedzią: Aleksandra Kwaśniewskiego, który nagle zapragnął lewitować w stronę centrum.

Jak nie powinno się politykować cz. 4

Czyli nieustającego pouczania aspirujących do władzy lub tą władzę sprawujących, po raz kolejny o byłym prezydencie - Aleksandrze Kwaśniewskim. Otóż tematem drugim tematem (pierwszym są oczywiście nadchodzące wybory) w kolejności cytowania i omawiania jest słynna już wypowiedź Szefa Rady Programowej Lewicy i Demokratów dla Vanity Fair.

I nie chodzi tu o to, czy Kwaśniewski powiedział coś, co mogło obrazić kogokolwiek, nie chodzi tu również o małostkowe prostowanie, że tu przetłumaczyli tak, a nie inaczej. Że przekłamanie nastąpiło w momencie tłumaczenia z angielskiego na niemiecki, a potem z niemieckiego na polski czy też odwrotnie. Nieważne! Ważne (i tego nikt nie zauważył!!!) natomiast jest to, że ktoś, kto stoi na czele jakiegokolwiek ugrupowania szukającego poparcia w masach (chociażby to byli "biznesmeni stojący pod budką z piwem") nie może się wypowiadać w sposób rodzący możliwość podwójnej interpretacji. No nie może i koniec. Zawsze (i w tym przypadku mamy doskonały tego przykład) znajdą się tacy, szczególnie wśród sceptyków i przeciwników, którzy dany fakt przekręcą względnie zinterpretują na niekorzyść oratora i afera gotowa. Szczególnie przykre, że sprawa się "wypsnęła" właśnie Kwaśniewskiemu, który raczej za granicą jest odbierany bardzo pozytywnie i stanowi osobę, z której słowami liczy się wiele ważnych osobistości.

Myślę, że były prezydent od początku powrotu (tego ukrywanego, nie od momentu powrotu na afisz - daję głowę, że pomysł na LiD to jego sprawka) przysparza więcej zamieszania i kłopotów lewicy niż dobrego. Teraz PiS ustami premiera może sobie używać na całym LiD, jako prezentującym "pijaństwo na grobach pomordowanych", "urąganie papieżowi" (słynny występ z Siwcem) itp. itd. To jest dobry pomysł panie Olejniczak, bardzo chętnie natomiast chciałbym zobaczyć Pana, Panie Wojtku startującego z przedostatniego miejsca w Łodzi i Leszka Millera startującego jako ostatni. I wiem, kto tych głosów miałby więcej.

Nie możesz znaleźć wroga - stwórz swojego!

Walka Jarosława Kaczyńskiego z układem prawdopodobnie powoli dobiega końca, 7 września br. Sejm ma głosować za skróceniem obecnej kadencji - istnieje więc szansa, że mityczny układ przetrwał. Ale czy na pewno?

Otóż w zeszły weekend z wielką pompą ogłosili rozbicie groźnej szajki przestępczej, która niechybnie miała na celu manewrowanie Polską na szkodę obywateli, wspólnie i w porozumieniu. Konferencja była profesjonalnie okraszona dowodami w postaci zapisów podsłuchów, video z kamer ochrony oraz przepięknymi animacjami mającymi na celu dokładne przedstawienie, że nie może być w tym całym ambarasie żadnych pomyłek. Układ rozpoznany, rozbity, udowodniony!

W tym sęk, że wszyscy członkowie tegoż Układu doszli na świecznik dzięki tym, którzy ich w poprzednim tygodniu zatrzymali i pokazowo, na łamach wszystkich gazet i antenach wszelakich telewizji przesłuchiwali. Jak to powiedział Ryszard Kalisz:

PiS nie mógł przez dwa lata odnaleźć i zdemaskować mitycznego Układu więc postanowił go samemu stworzyć, później zdemaskować i ujawnić opinii publicznej.

Nic tak nie raduje tłumu, jak wyniki. Brak wyników - trzeba je poprawić, nawet kosztem tej bardziej rozumnej części społeczeństwa, która zwijała się ze śmiechu obserwując ową hucpę.

Cały ten cyrk przypomina mi od razu policjantów, którzy mają miesięczny "limit" spisań obywateli, którzy coś tam sobie przeskrobali. Czy jest spokojnie czy nie - ilość "spisanych" delikwentów ma być nie mniejszy niż, powiedzmy, 20 nazwisk. Jeśli jest ich mniej co robią dzielni stróżowie prawa? Przepisują z notesów kolegów nazwiska złapanych na niegodziwych czynach - tak, aby osiągnąć plan minimum. Prawda, że widać analogię?

Tylko czy, po raz kolejny zadam to pytanie, tak miała wyglądać odnowa moralna IV Rzeczpospolitej? Czy to są te zasady, które obowiązują?

Przegrani są w tym bałaganie wszyscy. PiS - bo żeby udowodnić, że Układ istnieje musi kogoś pokazać i złapać. Samoobrona i LPR - bo uwierzyli bezspornie w opowiadania Kaczmarka i jeszcze go desygnowali na premiera. SLD i Platforma bo wysuwali pod publiczkę żądania niemożliwe do spełnienia przy obecnym stosunku sił. PSL bo nie potrafiło się wyraźnie odciąć od tej sprawy i pokazać, że można stać z boku i nie mieszać się do z daleka cuchnącej sprawy.

Najbardziej przegrał naród, przegrał 2 lata.