A może tak, a może nie...

Cicho, ukradkiem - wręcz niepostrzeżenie zakończył się bojkot stacji TVN przez opozycyjny PiS (w przypadku Superstacji zachowano status quo) - podobno warunkowo. Wszyscy trzeźwo myślący oczywiście dawno doszli do wniosku, że "Prawo" i "Sprawiedliwość" bardziej szkodziło sobie omijając studia należące do ITI niż znienawidzonej rozgłośni, ale Rada Polityczna wpadła na to dopiero kilka dni temu.

Niektórzy - tych jest większość - sądzą, że decyzja ta została podyktowana faktem, iż Jarosław Kaczyński nie mógł już znieść reprezentantów prawicy w debatach prowadzonych np. w TVN24 w postaci Marka Jurka, Michała Kamińskiego czy też (o zgrozo!!!) wziętego adwokata Romana Giertycha. A tak naprawdę to dosyć podejrzanie decyzja o "warunkowym" zawieszeniu bojkotu zgrała się z tzw. "przewrotem Farfała", który to pozbawił PiS największej, najbardziej wpływowej tuby, jaką przez ostatnie kilka lat była TVP. Wielki dziw bierze moją skromną osobę, że do tej pory chyba nikt tego nie podkreślił?

Rada Polityczna PiS (czyt.: Jarosław Kaczyński) uznała zatem, że lepiej wypchnąć piewców w postaci Tadeusza Cymańskiego, Krzysztofa Putry względnie Pawła Kowala (bo jakoś nie wyobrażam sobie J. Kaczyńskiego tudzież P. Edgara Gosiewskiego w debacie moderowanej przez np. Bogdana Rymanowskiego) niż zupełnie zniknąć z mediów - szkoda, że w tak kiepskim stylu, łapiąc się niemalże przysłowiowej brzytwy.

Taki to numer wycięły przez większość skreślone już z mapy politycznej tzw. "przystawki" - można, myślę, rzec że zza grobu. Trzeba się wziąć do roboty panie Jarku, albowiem niech Pan się boi - już dwie trzecie Sejmu za Panem nie stoi!

Nowe rozdanie

Najważniejsze wydarzenie polityczne mamy już za sobą. Niestety, tak jak przewidywałem, Jarosław Kaczyński wraz z całą swoją (podkreślam swoją!) partią pokazał, że przegrywać nie potrafi. Zaraz po ogłoszeniu wstępnych sondaży z rozbrajającą szczerością przyznał, że porażki upatruje w atakującym go szerokim froncie mediów, które "nie pozwalały spokojnie rządzić". Cóż, myślałem, że w ten smutny dla niego niedzielny wybór zdobędzie się na odrobinę refleksji bądź samokrytyki. Nastrój PiS najlepiej podsumowała jedna z uczestniczek wyborczego spotkania nazywając warszawiaków zwykłą hołotą. Nic dodać, nic ująć - przytoczę tylko powiedzonko, które jest wpajane już w przedszkolu: "Kto się przezywa, tak samo się nazywa".

PiS przegrał przez swoją arogancję, napastliwość, dzielenie Polski na lepszą i gorszą (przeciwności typu my i ZOMO) oraz upartą pewność siebie, że należy robić to co się uważa nie licząc się z opinią publiczną - nawet po trupach.

Wynik LiD raczej potwierdził moje wcześniejsze wywody dotyczące dużej pomyłki, jeśli chodzi o powierzenie Aleksandrowi Kwaśniewskiemu roli twarzy kampanii wyborczej - niewiele bowiem brakowało aby lepszy wynik osiągnęło PSL, które nie brało udziału w żadnej z trzech, szeroko nagłaśnianych, debat. To powinno dać dużo do myślenia w siedzibie SLD - moje zdanie się nie zmieniło: trzeba rozwiązać w cholerę cały LiD i przekonać do siebie utracony elektorat lewicowy, który z niesmakiem patrzył na romanse z Partią Demokratyczną. Wystarczy popatrzyć ile mandatów zdobyli przedstawiciele demokratów.pl startujący z list LiD.

Najbardziej pozytywnym sygnałem, który doszedł do nas z PKW jest fakt, że przynajmniej przez kilka lat parlament uwolnił się od wymachujących szabelką komediantów z Samoobrony i LPR - miejmy nadzieję, że ich roli nie przejmie PiS.

Sam nie wiem co mam napisać

Dziś Leszek Miller ogłosił, że będzie startować z listy wyborczej Samoobrony do Sejmu. Na konferencji prasowej powiedział:

- To partia dla ludzi, którzy nie chcą lewicy wystraszonej i niesamodzielnej. (...)
- Nowa partia rodzi się spontanicznie, z odruchu serca. Chcę budować formację, która nie będzie wiecznie przepraszać za PRL, która nie będzie się go wstydzić. Chcę powiedzieć ludziom: Nie musicie się wstydzić własnych życiorysów. Pracowaliście dla legalnego państwa, a obecni szaleńcy chcą to państwo zdelegalizować.

Nie wierzę. W tym MUSI być jakiś plan. Nie wierzę, że Leszek Miller chce "zadawać się" z politykami pokroju Leppera, Filipka czy też Wrzodaka. Czy aż tak pała chęcią zmierzenia się z Wojciechem Olejniczakiem, że zdecydował się na mariaż wyborczy z Samoobroną? Czy człowiek, który podpisywał traktat akcesyjny, jeden z najważniejszych dokumentów w historii Polski może chcieć mieć cokolwiek wspólnego z partią, w której wiodącą rolę odgrywał jeszcze niedawno skompromitowany poseł Łyżwiński? Wolałbym się odsunąć na zawsze od polityki niż korzystać z życzliwości Andrzeja Leppera.

Panie Leszku, dlaczego?